| Z lat okupacji cz II |
|
|
|
| Redaktor: BPI | |
| 13.02.2009. | |
|
Rozdział I. Pod okupacją hitlerowską
Roman Tarkowski - fragment książkipt. "Kartki ze wspomnień". 1. Na froncie Był to maj i czerwiec 1939 roku, kiedy mówiło się dużo o grożącej wojnie. W tym czasie na terenie ASP istniała Legia Akademicka odbywająca raz w tygodniu ćwiczenia w mundurach. Ponieważ byłem w stopniu podporucznika rezerwy, zostałem służbowo skierowany właśnie do Legii ASP i musiałem musztrować swoich kolegów z Akademii na Błoniach, poligonie i strzelnicy. W lipcu 1939 r.bykm zastępcą dowódcy obozu Legii Akademickiej w Kamieniu Pomorskim, koło Chojnic. W pobliżu tych terenów znajdowały się wielkie skupiska Niemców, właścicieli stosunkowo dużych majątków. Przechodząc często wzdłuż granicy polsko-niemieckiej widzieliśmy przez lornetkę, jak po drugiej stronie Niemcy koncentrują swoje wojska. Było dla nas rzeczą jasną, że wojna jest nieunikniona. Pod koniec lipca wróciłem z obozu Legii Akademickiej z Kamienia Pomorskiego do brata w Żywcu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zastałem tam kartę powołania na ćwiczenia wojskowe - do 39 pułku piechoty do Jarosławia -na dzień 26 sierpnia 1939 r. Pozostały mi jeszcze trzy tygodnie wakacji na pobyt w Żywcu, był to jednak już okres pełen niepokoju i troski wojennej. Odpoczynek na plaży nad rzeką Sołą nie był taki beztroski jak dawniej, myśl krążyła wokół zapowiadających się wydarzeń. Jeszcze kilka wypadów w góry i musiałem gotować się do wyjazdu. Smutny to był dzień rozstania z rodziną i znajonymi. Rodzina odprowadziła mnie na dworzec kolejowy, gdzie nastąpiło ostateczne pożegnanie. Podróż odbywała się w wielkim ścisku, na stacjach kolejowych mnóstwo ludzi żegnało młodych rezerwistów, podobnie jak ja wyjeżdżających do swoich jednostek. W Jarosławiu zgłósiiern się do pułku, załatwiłem wszystkie formalności, otrzymałem umundurowanie,' kompletny zestaw wyposażenia oficera łącznie z medalikiem rozpoznawczym, mapnikiem i busolą, do tego jeszcze trzymiesięczną gażę oficerską. Ponieważ do tej pory nie stać mnie było na zegarek, kupiłem go wtedy, przewidując słusznie, że oficerowi jest niezbędny. Na trzeci dzień otrzymałem rozkaz wyjazdu do wydzielonego batalionu w Lubaczowie za Jarosławiem. Tam swoje cywilne rzeczy wraz z walizką dałem do przechowania sierżantowi, który mieszkał poza koszarami i chętnie podjął się opieki nad depozytem. Dziwił mnie fakt, że przez cały okres ćwiczeń po szkołę podchorążych byłem szkolony w dywizji poleskiej - na bagnach, wtedy zaś skierowano mnie w teren raczej podgórski. Nie było jednak czasu na bezcelowe rozmyślanie, bo akurat z ostatniego sierpnia na pierwszego września 1939 wypadła mi służba oficera jednostki. W tych godzinach otrzymałem rozkazy mobilizacyjne i dlatego zamiast pełnić służbę jak zwykle przez 24 godziny, pełniłem ją przez 48 godzin. Przekazałem ją dopiero w transporcie kolejowym jednostki już zmobilizowanej, która po załadowaniu do pociągu została skierowana w kierunku Tarnowa.
Kilka kilometrów przed Tarnowem staliśmy się świadkami nalotu samolotów niemieckich na dworzec kolejowy w Tarnowie. Nasze działka przeciwlotnicze, usytuowane na wagonach transportu, otworzyły ogień. Obawialiśmy się jednak, że samoloty niemieckie zaatakują duży transport, doskonale przecież widoczny. Na szczęście okazało się, że wszystkie zawróciły w kierunku południowym. Niemniej możliwość bombardowania spowodowała rozkaz opróżnienia przez nas pociągu. Od tego momentu rozpoczęły się marsze, z postojami w różnych rejonach okolic Tarnowa. Na razie wszystko układało się jak najlepiej, żołnierze w marszu śpiewali i można rzec, że duch ich był doskonały. Dopiero po kilku dniach, kiedy na drodze zaczęliśmy spotykać tak maruderów, jak i rozproszone oddziały, zorientowaliśmy się, że sytuacja nie jest całkiem korzystna, do tego jeszcze zawodziły kuchnie, panował głód. Forsowne marsze doprowadziły do rozciągania się oddziałów w przestrzeni i gubienia maruderów. Szło mi najbardziej o to, by przynajmniej obsady lekkich i ciężkich karabinów maszynowych utrzymać w spoistości, gdyż obsługiwali je fachowcy. Przez jakiś czas mi się to udawało. Po kilku dniach dotarliśmy do okolic Brzozowa, Starej Wsi, Komborni. Dalej zdążaliśmy w kierunku Sanu. Tam mieliśmy się przeprawić i maszerować na wschód. Niestety, nie udało się nam przejść przez San, bo Niemcy zagrodzili nam drogę. Szli szybciej i znaleźli się na naszych tyłach. Następnie okopali się na wzgórzu przed Sanem i ogniem z działek oraz karabinów maszynowych uniemożliwili naszym oddziałom przeprawę przez rzekę. W tej sytuacji dowódca batalionu postanowi! wykonać natarcie na pozycje niemieckie, ponieważ zaś było to grubo przed świtem, Niemcy nie zauważyli naszych przygotowań. Dopiero, gdy tyraliera szykowała się do natarcia, zaczęli nas ostrzeliwać. Mój pluton wraz ze mną znajdował się na lewym skrzydle batalionu i miałem stosunkowo dobre podejście do prawego skrzydła obrony niemieckiej. Otworzyłem więc ogień z karabinów7 maszynowych. Jednocześnie zorientowałem się, że prawe skrzydło naszego batalionu, działając w otwartym terenie, zaczęło załamywać się w natarciu. Byliśmy już tylko kilkadziesiąt kroków od pozycji niemieckich, nie pozostało więc nic innego, jak wykonać szturm na bagnety. Niemcy zorientowali się w sytuacji i wzmogli ostrzeliwanie naszego lewego skrzydła, ale pod naszym silnym ogniem zaczęli się pojedynczo wycofywać. Wykorzystując tę sytuację i podnosząc się z ziemi krzyknąłem "szturm", gdyż chciałem jak najprędzej dopaść niemieckich okopów. W tym samym momencie dostałem jednak po obydwu nogach serię z karabinu maszynowego. Ponieważ upadłem, żołnierze dobiegli na moją wysokość i także popadali. Chcąc ich zachęcić do dalszego natarcia, starałem się podnieść i znowu krzyknąłem powtórnie "szturm". Żołnierze rzeczywiście podnieśli się i jednym skokiem dopadli niemieckich okopów ja zaś z chwilą gdy usiadłem (bo już nie mogłem wstać), dostałem serię po hełmie -tak, że hełm zerwało mi z głowy i rzuciło o kilka kroków dalej. Sytuacja jednak została opanowana, okopy niemieckie wzięto. Żaden z naszych oddziałów niestety nie zainteresował się rannymi. Jakiś czas leżałem w okopie, upływ krwi był duży, osłabłem, ale przytomności ni; straciłem. Po pewnym czasie Niemcy przeszli do przeciwnatarcia i mając wzgląd na przedpole zasłane rannymi oraz poległymi, wrócili na opuszczone przedterr pozycje.Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko czekać. Po pewnym czasie Niemcy, początkowo pojedynczo, zaczęli wyskakiwać ze swoich okopów w naszym kierunku. Jednym z pierwszych, z którym się zetknąłem był młody żołnierz - junkier, który odpiął mi rewolwer, przeszukaj kieszenie i zabrał pieniądze, zawołał "Sanitaten, Sanitaten", i pobiegł dalej. Wkrótce z wielką ostrożnością podszedł do mnie niemiecki patrol sanitarny, a widząc mój postrzelony hełm i krew na głowic (pociski skaleczyły mi skórę, wyrywając trochę włosów) chciał mi ją opatrzyć. Wtedy zobaczono także spodnie we krwi, przecięto je więc, obandażowano mi obydwie nogi, wreszcie zaniesione na noszach do zagrody na końcu wsi i położono w ogrodzie pod drzewami. Pamiętam, że byli to już starsi żołnierze, niewątpliwie rezerwiści i obchodzili się ze mną nawet poprawnie, szczególnie w porównaniu do owego "kontrolera" moich kieszeni. W ogrodzie przeleżałem do wieczora, bo wtedy dopiero przyjechali wozem sanitarnym Niemcy i wraz z innymi rannymi wyruszyli w drogę. Dokąd ? Nie wiedziałem, gdyż z upływu krwi straciłem przytomność. Odzyskałem ją dopiero na klepisku jakiejś stodoły, gdzie dwoje ludzi, chyba mąż z żoną, usiłowali mnie napoić wodą. Nie miałem sił, by ich o cokolwiek zapytać. W stodole leżeli także ranni Niemcy, jeden z nich głośno krzyczał z bólu. Ponownie straciłem przytomność i odzyskałem ją dopiero rano.Zobaczyłem się w olbrzymiej kolejce rannych na noszach ustawionych na ziemi. Spostrzegłem siostry zakonnej które chodziły od noszy do noszy i wskazywały ciężko rannych, opatrywanych poza kolejnością. Jedna z nich podeszła do mnie. szybko oderwała mi gwiazdki z naramienników, wyjęła różne przedmioty z kieszeni i krzyknęła, żeby mnie zabrano. Zatem po 24 godzinach od zranienia znalazłem:się dopiero w szpitalu, jak się później okazało - w Krośnie. Stan mój był beznadziejny temperatura 42-43 stopni, sała operacyjna, transfuzja krwi, bezwład nóg i porażenie jamy brzusznej. Groziła mi nawet amputacja prawej nogi. Całe szczęście, że byłem bardzo wygłodzony, bowiem ostatnie dni i noce spędzaliśmy w ustawicznym marszu. Zostałem ranny 11 września. W szpitalu przeleżałem razem z niemieckimi żołnierzami kilkanaście dni, potem nas rozdzielono.Czułem się bardzo niedobrze, bowiem ciągle utrzymywała się gorączka, która zaczęła opadać dopiero pod koniec października. Wtedy siostra zakonna oddala mi zawinięte w szmatkę przedmioty wraz dokumentami, które odebrano mi we wrześniu. Równocześnie zapytała się, skąd jestem. Zdziwiła się, że pochodzę z niedalekiej Posady Jaćmierskiej i obiecała, że zawiadomi rodzinę. Zaraz po kilku dniach przyjechali do mnie rodzice, pokonując odległość 35 km wozem konnym. Było to smutne spotkanie: już ich trzeci syn został poszkodowany, bo jak wcześniej wspominałem, najstarszy brat Paweł i młodszy od niego Zdzisław byli ranieni w austriackiej armii. Rozmowa nie kleiła się, mamusia płakała, a po paru godzinach musieli wracać, by przed zmrokiem znaleźć się w domu. Podróże w tamtych czasach należały do bardzo niebezpiecznych. Szpital, w którym leżałem miał być przeznaczony tylko dla Niemców, wobec tego był dobrze zaopatrzony, dysponował chirurgami z kliniki wiedeńskiej. Szczególnie jednemu z nich zawdzięczam, że nie amputowano mi nogi. Ciągle wpadał do pokoju,w którym leżałem, pytając się czy jest lepiej ("lepsi"). Z trudem wymawiał po polsku te słowa, a takimi epitetami obrzucał Hitlera, że początkowo obawialiśmy się, czy to nie jest prowokator. Z jedzeniem miałem duże kłopoty, a tu było wiele smacznych potraw. Przychodziły także panie z Czerwonego Krzyża, które przynosiły mnóstwo rzeczy. Mnie podarowały m.in.ubranie cywilne z jakiegoś panai, który miał potężny brzuszek i bardzo krótkie nogi. Ujemną stroną tych odwiedzin było relacjonowanie nam sukcesów niemieckich, co w żadnym razie nie nastrajało nas ani pogodnie, ani optymistycznie. W takich warunkach przeleżeliśmy mniej więcej do końca listopada i wtedy zawiadomiono nas, że zostaniemy przetransportowani do innego szpitala. Załadowano nas w auta sanitarne i rozpoczęła się okropna jazda po zniszczonej i nierównej drodze. Wieczorem dojechaliśmy wreszcie do Sanoka. Zniesiono nas z aut do sal : szpitalnych i położono na żelaznych łóżkach bez pościeli. Była to chyba najstraszniejsza noc w moim życiu. W sali znajdowało się kilkunastu ludzi z amputowanymi nogani. Po wyczerpującej podróży moje lekko zabliźniające się rany zaczęły znowu krwawić. Dopiero drugiego dnia rano ktoś zawiadomił panie z Czerwonego Krzyża, że przywiedziono Tannych, polskich żołnierzy. Zaczęto wówczs szybko organizować obsadę szpitala. Okazało się, że znaleźliśmy się w szpitalu, który przeznaczony dla jeńców wojennych miał być pod dozorem niemieckim. Na początku pobytu cierpiałem stale z powodu bóli nerwowych: nie pomagały żadne środki, w ogóle nie spałem po nocach. Równocześnie należało gimnastykować nogę, by uniknąć usztywnienia w stawie skokowym. Po paru tygodniach leżenia moje rany zabliźniły się, ale pozostał niedowład stopy, który wymagał dalszego leczenia neurologicznego. Pewnego razu zjawiła się komisja lekarska, która zadecydowała, że rx>winienem być przewieziony pociągiem na dalsze leczenie do szpitala św.Łazarza w Krakowie. Nim się to jednak stało, przebywałem przez tydzień w okropnych warunkach, w więzieniu sanockim. Spałem na słomie która rzucona była na podłoge.
2.W szpitalu św. Łazarza w Krakowie. Z początkiem stycznia 1940 r.przetransportowano mnie wraz z innymi do Krakowa. Stało się to w trzy dni po wywiezieniu ze szpitali krakowskich wszystkich oficerów na Skarbową, stamtąd zaś prowadziła już droga do obozów. Do roku 1939 byłem często w Żywcu u brata Ludwika, który miał sklep w rynku. W związku z tym miałem okazję poznania właścicieli sąsiednich sklepów, z pochodzenia Niemców. Kiedy brat dowiedział się, że jestem ranny i przebywam w szpitalu sanockim, zwrócił się do niemieckich sąsiadów z prośbą, by pomogli w zwolnieniu mnie ze szpitala. Do domu mnie nie zwolniono, ale na wniosek komisji wojskowej przewieziono na dalsze leczenie do Krakowa. Niemcy przeprowadzili nas z dworca kolejowego do szpitala Św. Łazarza na oddział chirurgii. Z początku zastanawiano się, co z nami zrobić, czy aby nie przewieźć od razu na Skarbową. Dr Laszczak zdecydował w końcu, że należ}' nas pozostawić na oddziale, zapisał więc zabiegi, masaże itp. wychodząc z założenia,że jaknas się więcej zbierze, to zawiadomią szpital na Skarbowej i nas przetransportują. Po kilku dniach doszedł do wniosku, że przepisze nas na dalsze leczenie na oddział neurologiczny. Pielęgniarka odprowadziła nas do poczekalni, na oddział wskazany przez lekarza. I tutaj zdarzyła się historia, dzięki której po kilku miesiącach dostaliśmy zwolnienie ze szpitala, z pominięciem obozu jeńców. Stało się tak. Gdy tylko weszliśmy do sekretariatu, jakiś starszy pan zobaczwyszy nas zza biurka, zawołał bardzo sugestywnie, że nareszcie przychodzą do szpitala cywile (w tym czasie byliśmy juz w cywilnych ubraniach i tu tkwiła przyczyna tego sposobu powitania). Zorientowałem się w mig o co tutaj chodzi i przytaknąłem, tłumacząc, że zdążaliśmy we wrześniu do jednostki wojskowej, po drodze jednak dostaliśmy się do strefy walk, przypadkowo nas raniono i przenosimy się teraz ze szpitala do szpitala. Ten fakt sprawił, że sekretarz (jak się później okazało) wpisał nas do księgi szpitalnej jako cywilów. Umieszczono nas w sali, w której już leżało kilku byłych wojskowych. Był tam adwokat Stefan Langner ze Lwowa - porucznik, bardzo ciężko ranny i cierpiący. Niemal od pierwszego dnia poddawano nas różnego rodzaju za-biegomjak: nagrzewaniu, elektryzacji, masażom itp. Na tym oddziale przeżywaliśmy wspólnie kilka miesięcy. Tymczasem odwiedziła nas komisja policyjno-wojskowa, która badała, czy wśród nas nie ma jeszcze wojskowych; przed kilku dniami wywieziono ostatnich szeregowców. Patrzono na nas niezwykle podejrzliwie, wypytując np.gdzic zostaliśmy ranni. Sekretarz oddziału informował, że jesteśmy cywilami. Przychodził zresztą do nas często z różnymi wiadomościami, jak się zresztą później przy bliższej znajomości okazało, był oficerem podczas pierwszej wojny światowej. Pobyt nasz przedłużał się, nic więc dziwnego, że zjawił się u nas prymariusz szpitala z propozycją wypisania nas. Był to już szósty miesiąc naszego leczenia. Z wielkim trudem zaczęliśmy wychodzić ze szpitala do miasta, oczywiście o kulach lub laskach. Wreszcie sekretarz przygotował dokumentację potrzebną do zwolnienia i pewnego poranka udał się z nią do dyrektora szpitala, gdyż zwolnienie zależało od niego. Dyrektorem niestety był Ukrainiec, bardzo skrupulatny i naturalnie służący wiernie Niemcom. Gdy sekretarz zreferował mu sprawę dodając, że jesteśmy już tutaj od dawna, okazało się, że nie jest to takie proste. Dyrektor oświadczył, że zwolnienie jest niemożliwe, bo jesteśmy oficerami. Mai on bowiem notatnik z chirurgii, gdzie byliśmy zapisani właśnie jako oficerowie. Daremnie sekretarz tłumaczył mu, że dysponuje książką ewidencyjną, do której zarejestrowano nas jako cywilów. Dyrektor nie zgadzał się, zapowiadając, że musi zawiadomić odpowiednie władze niemieckie. Gdy sekretarz do nas przyszedł, od razu zorientowaliśmy się, że coś jest niedobrze. Był wyraźnie bez humoru. Wspólnie zastanawialiśmy się, jak wybrnąć z tej sytuacji, lecz niestety bez skutku. Po para dniach sekretarz wpadł do naszego pokoju, tym razem zadowolony i uśmiechnięty, i oświadczył, że ma sposób na dyrektora. Okazało się, że wśród różnych pism i zarządzeń niemieckich znalazł pismo Ortskomendantury, w którym stało, że szpital winien do trzech dni zgłosić przyjeżdżających oficerów. Jeżeli tego obowiązku nie dopełni, odpowiedzialnego za to zaniedbanie czeka kara śmierci. Z pismem tym natychmiast poszedł do dyrektora, który wprawdzie nieco zmiękł, lecz nadał nie chciał ustąpić. Kiedy jednak sekretarz dodał, że jesteśmy już na oddziale sześć miesięcy, dyrektor był bardzo zaskoczony i zażądał, abyśmy osobiście zgłosili się do niego. Na drugi dzień wybraliśmy się o laskach i kulach. Rozmowa była krótka. Na pytanie, jak to z nami było, wyrecytowaliśmy przygotowane odpowiedzi. Wizytę zakończył stwierdzeniem, że w najbliższych dniach poznamy jego decyzję. Rzeczywiście po paru dniach dowiedzieliśmy się, że jesteśmy zwolnieni. Szpital opuszczaliśmy w wielkim pośpiechu. W cudzej, darowanej i przypadkowej garderobie wyglądaliśmy bardzo pociesznie.
Porucznik Langner jako adwokat z zawodu przypomniał, że w myśl prawa międzynarodowego oficerom w niewoli przysługuje żołd, a jego wysokość zależy od stopnia wojskowego. Ponieważ znał dobrze język niemiecki, po wyjściu ze szpitala umówiliśmy się, że razem wybierzemy się do Ortskomendantury i może rzeczywiście uda nam się dostać jakąś rekompensatę. Byliśmy przecież w szpitalu jeńców wojennych - więc w niewoli około 10 miesięcy. Mieliśmy wprawdzie dokument zwalniający nas ze szpitala, lecz nie posiadał on adnotacji, że jesteśmy oficerami, w przeciwnym bowiem razie nie wyszłibyśmy na wolność. Wszyscy natomiast mieliśmy książeczki wojskowe z wpisanym stopniem oraz datą zgłoszenia się do jednostki. Decyzja jednak nie należała do łatwych. Bądź co bądź z wielkim trudem wydostaliśmy się ze szpitala jako cywile i teraz znowu ryzykowaliśmy. Trudno było przewidzieć, jak nas potraktują Niemcy, z drugiej jednak strony sytuacja nie zaliczała się do wesołych. Straciliśmy wszystko na wojnie i pieniądze były nam bardzo potrzebne. Zgodnie z umową, któregoś dnia po wyjściu ze szpitala, spotkaliśmy się na ulicy Krakowskiej, po drugiej stronie obecnego kina "Warszawa". Tam bowiem mieściła się Ortskomendantura. Przy wejściu zatrzymał nas wartownik. Stefan Langner po niemiecku wyjaśnił o co chodzi i zostaliśmy zaprowadzeni do komendanta. Zobaczyliśmy człowieka starszego, siwiejącego już, w stopniu pułkownika, który zaraz na wstępie zapytał co nas sprowadza. Wtedy Langner krótko wyjaśnił o co chodzi i o dziwo pułkownik najspokojniej przyznał, że rzeczywiście należ}' się nam jakaś tam ilość marek miesięcznie. Następnie zwrócił się do sierżanta, który siedział przy maszynie do pisania i podyktował mu pismo, my zaś złożyliśmy pod nim podpisy. Wypłacono nam w gotówce, naturalnie nie w markach, lecz w złotówkach, dokładnie nie pamiętam, ale około tysiąca dwustu złotych. W każdym razie formalność nie trwała dłużej niż 30 minut. Kolega Langner podziękował pułkownikowi w naszym imieniu, wartownik zaś odprowadził nas do bramy. Po wyjściu na ulicę odetchnęliśmy z ulgą bo rzeczywiście nasza decyzja należała do ryzykownych. Ponieważ stamtąd było niedaleko na ulicę Szeroką, gdzie kwitł handel starzyzną, poszedłem tam, aby kupić sobie brakującą garderobę. Potem wróciłem do swego dawnego mieszkania przy ul Długiej 65, gdzie nadal mieszkał szwagier z siostrą i dziećmi. Zatrzymałem się tam na kilka dni i stamtąd wybierałem się kilkakrotnie w odwiedziny do kolegi Langnera, który mieszkał przy ul. Konarskiego 33. Nagle, któregoś dnia pojawiły się na murach afisze o obowiązku rejestracji oficerów rezerwy. W tej sytuacji nie miałem już czego szukać w Krakowie, więc spakowałem swoje rzeczy i pojechałem na wieś do rodziców, a po przyjeździe z Żywca brata Ludwika z rodziną zamieszkałem razem z nimi w domu żony Ludwika, w Posadzie Jaćmierskej. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że w nocy w Krakowie była obława i zabrano również Langnera, a w krótkim czasie nadeszła z Oświęcimia wiadomość, że już nie żyje. Do dzisiaj podejrzewam, że w czasie, kiedy ja wyjeżdżałem z Krakowa, aby się nie zgłosić do rejestracji oficerów rezerwy, on prawdopodobnie jej dokonał. W każdym razie zabrano go w nocy z mieszkania. Kiedy później pytałem się rodziny, jak to się stało, że znali adres jego mieszkania, jego matka nie potrafiła mi tego wyjaśnić. Po powrocie do Jaćmierza nie zameldowałem się, ani też nie rejestrowałem w odpowiednm urzędzie jako ofcer rezerwy. Nikt zresztą poza rodziną nie wiedział, że jestem w stopniu podporucznika. Kontakt z Krakowem miałem jednak nadal i stosunkowo często tam bywałem. W tym czsasie jako oficer włączyłem się w pracę konspiracyjną AK. Moja działalność obejmowała trzy powiaty : sanocki,krośnieński i brzozowski, a moim dowódcą był ppł., który w sprawach konspiracyjnych przyjeżdżał z Katowic do Krakowa. Spotykaliśmy się w budynku Akademii Sztuk Pięknych. Spotkali tych nie było zbyt wiele, bo niebawem został aresztowany przez gestapo, o czym zresztą dowiedziałem się dość przypadkowo. Wyjazdy do Krakowa bardzo dokładnie przygotowywałem. Pomagał mi w nich sekretarz oddziału szpitalnego, w którym leżałem kilkanaście tygodni. On to właśnie wstawiał mi odpowiednie zaświadczenia, np.że w określonym dniu stawiłem się do kontroli lekarskiej, po czym dostawałem następne pismo, potwierdzające, że mam się zgłosić na badanie w terminie uzgodnionym p;zeze mnie. W każdym razie zawsze posiadałem dowód potrzebny na przejazd odcinka Kraków-Zarszyn, Zarszyn-Kraków. Przy wszelkich rewizjach kolejowych okazywałem zaświadczenia inwalidzkie w języku niemieckim. To było bardzo ważne i znaczące, podobnie jak zamiana laski na kulę, bo praktyka pokazała,że niektórzy Niemcy nawet z policji byli wrażliwi na kalectwo, o ile oczywiście potwierdzała je odpowiednia dokumentacja. 3. Okupacja Z okresu 1940-1945 pozostało mi w pamięci dużo różnych wspomnień związanych min. z przejazdami pociągiem. Omówię niektóre z wydarzeń, bo one w jakiś sposób udowadniają, że miałem niemało szczęścia w okresie okupacji niemieckiej. Pierwsze spotkanie z Niemcami poza obrębem szpitala miałem jeszcze w Krakowie, gdy byłem rekonwalescentem. Tak się złożyło, że zdecydowałem się wreszcie wyjść o lasce do miasta, a było to chyba w lutym 1940 r. W tym czasie padał obfity śnieg i przechodząc obok Uniwersytetu Jagiellońskiego coś mnnie skusiło, aby wejść w ulicę J.Piłsudskiego. Bardzo powoli "kuśtykając", szedłem w dół, w kierunku Alei Trzech Wieszczów. Tak jakoś przyjemnie mi się wędrowało, że po przejściu Alei wstąpiłem na drogę prowadzącą do Cichego Kącika. Cały czas poruszałem się prawym poboczem. Po obu stronach leżało dużo śniegu. W pewnym momencie usłyszałem śpiew. Od parku Jordana maszerowała kompania wojska - jak się później okazało - oddział SS. Ponieważ nie mogłem bardziej przesunąć się w prawo ze względu na śnieg, szedłem możliwie blisko prawej strony jezdni, oczywiście mocno kulejąc, a w ostatniej chwili chciałem zejść jeszcze jeden krok, aby idąca trójkami kompania mogła swobodnie przejść obok mnie. Kiedy usiłowałem to uczynić, z pierwszej trójki wyskoczyli Niemcy i tak mocno pchnęli mnie w prawo, że zatoczyłem się kilka kroków i oczywiście wywróciłem się. Cała kompania skwitowała tę scenę salwą śmiechu i śpiewając poszła dalej. Wygramoliłem się ze śniegu i zawróciłem z powrotem do szptala. Pewnego razu, jadąc z Krakowa do Zarszyna, miałem przesiadkę w Tarnowie. Kiedy znalazłem się na peronie, zorientowałem się, że na dworcu kolejowym jest obława. Niemcy popędzali wszystkich wysiadających w kierunku holu i poczekalni. Przy- wejściu do holu dworcowego dokładna rewizja i legitymowanie. Jedną grupę podróżnych zatrzymano w holu, a drugą zabrano do poczekalni. Ja znalazłem się w dużej grupie w holu i korzystając z zamieszania, powoli przesuwałem się do wyjścia na zewnątrz. Ruch był bardzo duży. Przesuwając się ostrożnie, w końcu znalazłem się na zewnątrz dworca koło postoju taksówek, udało mi się zniknąć między nimi i doszedłem do ulicy, prowadzącej w kierunku miasta. W tym momencie po drugiej stronie ulicy zobaczyłem zakład fryzjerski, powziąłem błyskawiczną decyzję, wszedłem i poprosiłem o ostrzyżenie, co bardzo zdziwiło fryzjera, bo strzygłem się dopiero kilka dni temu. Poprawiłem się więc, zmieniając strzyżenie na golenie. W tym momencie usłyszeliśmy krzyki Niemców biegnących w kierunku domów, w którym się znajdowałem. Nadto do bramy domu wybiegła na podwórze jakaś kobieta, padł jeden i drugi strzał kobieta upadła na ziemię. Wszystko to było widać z okna zakładu fryzjerskiego. Jak się później okazało, była to Żydówka w ciąży, której udało się wydostać i getta. Niemcy dostrzegli jak usiłowała ujść. W zakładzie starałem się pozostać jak najdłużej, obawiałem się nawet, że wejdą do środka, ale nie zrobili tego. Pa ostrożnym wyjściu na ulicę byłem wstrząśnięty widokiem zabitej kobiety, okazała się, że obława już się skończyła, mogłem więc wrócić na dworzec i kontynuować swoją podróż. Innym razem znowu, idąc ulicą Lubicz, przypominałem sobie, że pod trójką w podwórzu mieści się pracownia introligatorska, w której podczas okupacji pucował mój kolega z Legii Akademickiej - z Kamienia Pomorskiego. Chciałem mu się przypomnieć i porozmawiać z nim, szedłem najspokojniej korytarzem w kierunku podwórza, zupełnie nie spodziewając się jakichkolwiek przeszkód Dopiero dochodząc do podwórza i patrząc w kierunku pracowni dostrzegłem i przerażeniem, że pod drzwiami wejściowymi stoi z karabinem Niemiec. Całe szczęście, że z lewej strony podwórza było wejście do domu. Nagła zmiana decyzji i zamiast pójść w kierunku pracowni skręciłem w lewo tak, że stoją-Niemiec nie zorientował się, iż zmierzałem w jego stronę. Wszedłem na korytarz i potem schodami do góry, i z drugiego piętra obserwowałem podwórze. Ponieważ sytuacja przedłużała się, ja zaś nikogo w tym domu nie znałem, po pewnym czasie postanowiłem zejść szybko schodami w dół na podwórze i korytarzem wyjść na ulicę. Nie wiem jak się to stało, że Niemiec stojący na posterunku, nie zatrzymał mnie. Kolegi, który tam pracował, nigdy już więcej nie spotkałem. Bardzo niebezpieczną przygodę przeżyłem w Krakowie przy ul. Strzeleckie;, róg Lubicz. Tak się zdarzało, że po każdym moim powrocie z Krakowa krewni i znajomi pytali, co nowego w świecie i czy mam jakąś prasę konspiracyjną, przeto zawsze coś ze sobą przywoziłem, najczęściej gazetki. Wtedy znałem adres drzwi pań, które kiedyś okazyjnie poznałem w Jaćmierzu i od których w Krakowie miałem coś dostać. W takich sytuacjach zachowywałem dużą ostrożność, szedłem ulicą, obserwując najpierw dom z zewnątrz. I tym razem o łasce udałem się pod wskazany adres, przystając wpierw przed spisem lokatorów. Wszystko zgadzała się, zacząłem powoli wchodzić schodami do góry, gdyż owe panie mieszkały na trzecim piętrze. Kiedy znalazłem się na drugim piętrze, nagle usłyszałem, że piętro wyżej z mieszkania wychodzą mężczyźni, którzy rozmawiali głośno po polsku i niemiecku. Stanęli nad barierką i patrzyli w dół klatki schodowej, u której się znajdowałem. Iść dalej czy nie? Sytuacja przerażająca i niedwuznacznie wskazująca na gestapo. Wrócić nie mogłem, bo byłem obserwowany 5 góry i wyglądałoby to na ucieczkę, wobec tego zdecydowałem się iść dalej. Kiedy wchodziłem na trzecie piętro, z przerażeniem zobaczyłem, że drzwi mieszkania do którego się wybierałem, były na wpół otwarte, kilku mężczyzn znajdowało się w środku, a kilku, mijając mnie, schodziło schodami w dół. Podpierając się laska szedłem bardzo powoli i nagle postanowiłem wejść do sąsiedniego mieszkania. Po uchyleniu się drzwi niemal siłą wszedłem do przedpokoju, zamykając ;, j je za sobą. Pani, która mi otworzyła, powiedziała przerażona:"gestapo tam jest". Chwilę zaczekaliśmy w przedpokoju, sądząc, że może zadzwonią i wejdą za mną. Okazało się jednak, że zeszli na dół, stukając mocno obuwiem. W tym momencie wszedłem do pokoju i spoza firanki obserwowałem, jak powoli wychodzili z bramy na ulicę, oglądając się jeszcze. Kiedy, patrząc na uchylone drzwi stwierdziłem, że nie ma już nikogo na klatce schodowej, szybko jak tylko mogłem, zachowując jednak ostrożność, zszedłem na dół, później przesunąłem się pod ścianę do następnej bramy i podwórzami doszedłem aż do szpitala dziecięcego. Po przejściu ulicy, z bramy szpitala widziałem, jak po jakimś czasie Niemcy wracali, idąc powoli w kierunku domu, z którego wyszedłem. Nie czekając na dalszy ciąg poszedłem ulicą Kopernika do Śródmieścia. Tak się złożyło, że 16 kwietnia 1942 roku byłem przez kilka dni w Krakowie, a ponieważ w Związku Plastyków przy ul. Łobzowskiej 3 (gdzie obecnie mieszczą się biura) wydawano na piętrze posiłki, przychodziłem tam częsta, by spotkać się z kolegami z ASP. Na parterze znajdowała się kawiarnia, gdzie zawsze dopisywała frekwencja, wieczowem zaś sala była nawet przepełniona. Właśnie w tym dniu wybrałem się do Związku, żeby coś zjeść. Najspokojniej szedłem Plantami od ul. Sławkowskiej, minąłem bank, by następnie przejść przez jezdnię i udać się na ulicę Łobzowską. Już jedną nogę postawiłem na asfalcie, kiedy wstrzymały mnie jadące auta niemieckie. Patrząc jednocześnie przed siebie w kierunku Placu Biskupiego, zobaczyłem, że w ulicę Łobzowską wjeżdża kilka aut, z których wyskakiwali Niemcy z karabinami. Domyśliłem się, że jest to obława, ale nie bardzo orientowałem się w sytuacji. Powoli, z wielką ostrożnością, wycofywałem się pod bank i stamtąd poszedłem na Planty. Wtedy zobaczyłem, że policja otoczyła część dzielnicy z Domem Plastyków. Już nie poszedłem do Związku, zaś na drugi dzień dowiedziałem się, że zabrano wielu kolegów, m.in.Ludwika Puszeta, który był szatniarzem. Krótko mówiąc, ocalałem dzięki niemieckiej policji, która swoim przejazdem uniemożliwiła mi przekroczenie jezdni, za którą znajdowała się strefa zagrożenia. Innym razem, wracając z Krakowa, dosyć spokojnie przejechałem stacje: Tarnów, Stróżejasło i nagle wjeżdżając do Krosna, zobaczyłem przez okno, że na dworcu i peronach pełno jest niemieckiej policji. Natychmiast po zatrzymaniu się pociągu część policji mundurowej i cywilnej wkroczyła do wagonów i jak zwykle sprawdzała dokumenty, i rewidowała podróżnych oraz ich bagaże. Ja oczywiście miałem zaświadczenie szpitalne, potwierdzające, że stawiłem się do kontroli lekarskiej. Poza tym nie miałem niczego poza codzienną prasą. Gazetki w czasie przejazdu miał konduktor. Rewizja przeszła szybko i pociąg nszył dalej.Sądziłem, że już do końca podróży będzie spokój, rozmawiałem więc spokojnie z matką kolegi Tadeusza Tomaszewskiego, którą przypadkowo spotkałem. Nie wiedziałem wtedy o Tomaszewskim nic, eo się z nim dzieje, gdzie jest obecnie itp. Tak rozmawiając, dojechaliśmy do Iwonicza i okazało się, że tutaj znowu sytuacja powtórzyła się tzn. pociąg został otoczony iprzeprowadzano rewizję w wagonach. Chwilę później to samo zdarzyło się na następnej stacji w Rymanowie. Besko minęliśmy spokojnie, miałem więc prawo przypuszczać , że na tym owe niespodzianki skończyły się. Przed Zarszynem konduktor oddał mi moje gazetki, a ja włożyłem je do "Gońca Krakowskiego", trzymanego w rękach obok teczki. Zawsze w ręce miałem gazetę, bowiem w chwili niebezpieczeństwa łatwiej ją było wyrzucić, czy gdzieś pozostawić. Najspokojniej pożegnałem się tuż przed Zarszynem z matką kolegi i byłem już gotów do opuszczenia wagonu, otworzyłem drzwi i dosłownie osłupiałem, widząc znowu otoczony budynek stacyjny i Niemców, popędzających wysiadających pasażerów w kierunku poczekalni. Trudno było cokolwiek zrobić z gazetą, a zwłaszcza jej niebezpieczną "wkładką", bo akurat przy moich schodkach stał Niemiec, popędzając mnie do poczekalni. Tam odbyła się zwykła rewizja podróżnych. Po wylegitymowaniu się zabrano ich z powrorem do pociągu, ja zaś zostałem sam z "moim Niemcem", który mnie bardzo dokładnie rewidował. Wreszcie dobrał się do mojej teczki. Ponieważ się spieszył, teczka wypadła mu na podłogę, a z niej wysypały się kawałki chleba, jakieś reprodukcje niemieckie itp. Wtedy zaklął po swojemu i zostawiając mnie pobiegł do ruszającego pociągu. Stałem tak oszołomiony, że trudno mi było zebrać myśli. Trzymając gazety w ręku, zbierałem z podłogi rozrzucone kawałki chleba i reprodukcje. Następnie powoli wyszedłem z poczekalni,nie dowierzając, że mnie nie zabrano. Równocześnie myślałem czy czasem w pobliżu nie czai się kapuś i nie obserwuje mnie. Szedłem powoli ulicą przez Zarszyn w kierunku Jaćmierza. Dopiero gdy przeszedłem tor kolejowy i znalazłem się na błoniach zarszyńskich, usiadłem na ziemi obok drogi i poczułem się niedobrze, nastąpiła widać reakcja na gwałtowny wstrząs nerwowy. Był to zresztą mój ostatni wyjazd do Krakowa przed końcem wojny. Nieco później dowiedziałem się, że takie obławy organizowało sanockie gestapo. Po rewizji na jednej stacji policjanci wsiadali do aut i jechali do następnej. Zanim pociąg przyjechał, cały budynek stacyjny był otoczony. Trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym zjawisku, które rzucało się w oczy w czasie podróży; pociągami. Był to handel artykułami żywnościowymi, Wadomo, że artykuły spożywcze były w miastach na kartki. Szczupłość przydziałów sprawiała, że na rynku brakowało prawie zawsze masła, mięsa, mąki itp. W związku z tym rozwijał się nielegalny handel. Swego czasu odwiedziłem w Krakowie Związek Plastyków, gdzie jak zwykle spotkałemkplegów. Kiedy tylko usiadłem z nimi przy stoliku, jeden z nich zaraz na wstępie zwrócił mi uwagę, że przyjeżdżam ze wsi i nigdy nic nie przywożę. Chodziło zwłaszcza o masło. Przewożeni© jedzenia nie było rzeczą prostą, bo często w czasie podróży do Krakowa rewizja odbywała się kilkakrotnie. Znalezione produkty Niemcy konfiskowali, a często zabierano także ich właścicieli. Wyrzut kolegi zrodził we mnie postanowienie przemycenia do Krakowa kilku kilogramów masła. Długo zastanawiałem się jak to zrobić z najmniejszym ryzykiem, aż wreszcie przypomniałem sobie, że posiadam gipsowy projekt ołtarza.Składał się on z wielu części, m.in. z mensy tj.największej części - w środku pustej - na której układało się tabernakulum, lichtarze itd. Ponieważ poszczególne ścianki były połączone na stałe gipsem, doszedłem do wniosku, że jedną płytę należy zdjąć, wypełnić pustą mensę masłem, a później z powrotem osadzić płytkę na gipsie. Tak też zrobiłem. Po dokładnym sprawdzeniu, zapakowałem wszystkie pozostałe części ołtarza, związałem sznurkiem i w wagonie położyłem paczkę na półce. Paczka była stosunkowo ciężka, na co wpłynęła przede wszystkim waga masła. Trochę się bałem, ale nie traciłem nadziei, że mój fortel się uda. I nagle między Jasłem a Strażami weszli do wagonu Niemcy, by przeprowadzić rewizję. Po kolei rozwiązywali tobołki, kontrolowali pakiety, wreszcie doszli do mnie i zapytali co wiozę w paczce. Możliwie najspokojniej odpowiedziałem łamaną niemczyzną, że jest to projekt ołtarza w gipsie dla jednego z kościołów. Niemiec pokiwał głową na znak, że rozumie, kazał jednak zdjąć paczkę i rozpakować. Ściągnąłem więc z półki bagaż i zacząłem powoli rozkładać, a jeden z nich, siedząc na ławce naprzeciw mnie trzymał mensę na kolanach i z zainteresowaniem przyglądał się wraz z kolegami, jak składałem poszczególne części projektu. Wyrażał przy tym po polsku i niemiecku swój zachwyt. Potem pomógł mi wszystko zapakować, a widząc,że jestem inwalidą wojennym i mam trudności z podnoszeniem, ułożył paczkę na półce.Okazało się,że nie zwrócił uwagi na nadmierny ciężar projektu, co stało się powodem zrozumiałej radości moich kolegów, obdzielonych przywiezionym masłem. Wspomniałem już o swojej ostatniej podróży do Krakowa. Od tej pory nigdzie nie wyjeżdżałem pociągiem, czasami tylko czyniłem małe wypady wozem, ewentualnie na piechotę. Obuwie ortopedyczne,które otrzymałem, ułatwiało mi chodzenie nawet po kilka kilometrów, naturalnie przy pomocy laski. W tym czasie - a była to połowa 1944 roku - Niemcy wycofywali się ze wschodu i stali się bardzo wrażliwi na punkcie bezpieczeństwa swoich rozproszonych i cofających się oddziałów. Ich zdenerwowanie stanie się bardziej zrozumiałe, gdy napomknie się o równoczesnej koncentracji oddziałów partyzanckich w różnych wsiach, przysiółkach i lasach. Stąd częste wyjazdy Niemców do poszczególnych wsi dla przeprowadzania rewizji, albo "upatrzonego" polowania, przygotowanego według wskazań konfidentów, bo i tacy - niestety - działali podczas okupacji. Całe szczęście, że powiatowa komenda AK z "Korwinem", a później "Babiczem" na czele miała także w gestapo swoje "wtyczki", notujące pilnie zarówno nazwiska konfidentów, jak zamiary wypadowe Niemców. 4. W konspiracji Wszyscy pracujący w konspiracji starali się nie spać w domach rodzinnych; w zimie, w chatach nie było zwykle młodzieży (mężczyzn), a w porze letniej zmienialiśmy wszyscy nasze miejsca noclegu, śpiąc pod kopami zboża, na łąkach, miedzach, w czasie zaś chłodu i zimna przeważnie w stodołach, ale tylko takich, których właściciel nie mógł być podejrzany o należenie do konspiracji. W takich sytuacjach często spotykaliśmy się z profesorem Józefem Stachowiczem, kierownikiem tajnego nauczania w powiecie sanockim, zresztą mieszkaliśmy niedaleko siebie, więc łatwo nam się było umówić co do miejsca następnego noclegu. Tak upływały tygodnie, ciągle kogoś ubywało, wystarczyło bowiem, żeby konspirator został bodaj na jedną noc u siebie i już gestapo dostawało go do swoich rąk. Tak np. stało się ze Surowiakiem, czy Andrzejewskim w Bażanówce.I tak samo było z Musiałem w Jaćmierzu. Osobnym problemem tych czasów było nocne dokarmianie Żydów, prze- Najbardziej chyba pamiętną datą będzie dla nas dzień 4 lutego 1944 roku, kiedy znaleźliśmy się w tragicznej sytuacji. Słyszało się już przedtem, że w naszym rejonie jest dwu młodych łudzi, (K.M.) którzy mają powiązania z policją niemiecką i należy się ich strzec. Czas był gorący, spodziewano się obławy Niemców i dnia 4 lutego pod wieczór za pośrednictwem specjalnego gońca z Sanoka wiadomo było,że dzisiejszej nocy odbędzie się obława we wsi. Wszyscy zagrożeni starali się ujść cało i szukali naprędce w myślach dogodnego punktu schronienia. Ze mną nie było kłopotu, bo miałem stale zapewnione miejsce za lasem u p.Florka, w Górkach leżących już na terenie powiatu brzozowskiego. Niemcy zaś w swej skrupulatności wykonywania rozkazów ograniczali się do rewizji wyłącznie wskazanej miejscowości, nie zapuszczając się do innego powiatu. Gorzej było z bratem Ludwikiem, który miał rodzinę: żonę i czworo dzieci. Trzeba było w razie potrzeby jakoś uzasadnić jego nieobecność w domu. Zdecydowaliśmy wi?cKżę.weźrrjie trochę zboża,na wóz:\ powiezie, do młyna kilka kilometrów od domu. W najbardziej trudnej sytuacji znalazła się żona z dziećmi,, bo ona jedna miała reprezentować całą rodzinę i skupić na, sobie uwagę, i złość przeciwnika. Innego wyjścia jednak nie byłp. W nocy u państwa Florków prawie nie spałem, rano dowiedziałem się, że w Jaćmierzu była wielka obława, działało gestapo i kompania własowców. U nas w domu przeprowadzono generalną rewizję, spędzono kilkunastuchłopów ze wsi i nakazano im opróżnić całą stodołę, dobrze jeszcze w lutym zaopatrzoną w siano i słomę. Niczego podejrzanego nie znaleziono, nikogo na szczęście z rodziny nie zabrano, poturbowano natomiast żonę brata Ludwika, kiedy powiedziała że mąż wyjechał gdzieś do młyna, ja zaś mieszkam w Krakowie u szwagra Rychlickiego. W tym samym dniu zresztą i u niego było z rewizją gestapo, ale i tam obyło się bez żadnych przykrych następstw. Jak się później okazało, gestapowcy mieli na liście 25 osób, nikogo jednak w domu nie zastali. Mieszkańcy obawiali się pacyfikacji wsi. Nie zrobiono jednak tego, może w obawie przed ewentualną reakcją oddziałów AK, które obsadziły wyjścia ze wsi, gotowe do zbrojnej interwencji. Obława odbyła się tuż po północy, a tego samego dnia w godzinach porannych zmarł nasz ojciec. Nie byliśmy nawet na pogrzebie, spodziewając się, chyba słusznie, spotkania z gestapo, które podobno - jak zeznali uczestnicy pogrzebu -było na nim obecne. Od tego czasu mieszkaliśmy z bratem we wsi Wola Górecka (pow. Brzozów) u pana Luteckiego. Dom jego był usytyowany poza wsią blisko lasu, mogliśmy więc wieczowem wychodzić, bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Przez dłuższy czas w dzień nigdzie się nie pokazywaliśmy. W Jaćmierzu też poza żoną brata nikt nie wiedział, gdzie znajdujemy się. Jasne zdawało się, że gestapo działało w oparciu o dokładne dane personalne, dostarczone przez ludzi świadomych tego, co się we wsi działo. Opinia zainteresowała się bliżej owymi dwoma wspomnianymi już wcześniej niedorostkami, którzy w swojej głupocie, nie dość że jawnie odwiedzali siedzibę gestapo w Sanoku, to jeszcze nie umieli stworzyć bezpiecznych warunków dla swego niecnego działania. Dowództwo AK zdobyło niezbite dowody ich winy i skazało ich na karę śmierci przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano na drugą noc po obławie, w pobliskim lesie wzdowskim. Po paru tygodniach brat zaczął się stopniowo kontaktować z żoną, ja zaś prawie na stałe zamieszkałem w domu Florków, w Górkach. Nigdzie się nie pokazywałem, przez cały tydzień siedziałem w pokoju, do którego nikt z sąsiedztwa nie wchodził. Moim łącznikiem z rodziną była córka pana Florka -Danusia, która codziennie chodziła przez las do Jaćmierza na lekcje, korzystając z dobrodziejstwa tajnego nauczania. Przez nią byłem stale informowany, co dzieje się w mojej miejscowości. Nadchodził}- już wiosenne miesiące 1944 roku, zbliżał się front i kres okupacji hitlerowskiej. Rozbitki armii niemieckiej wraz z nacjonalistami ukraińskimi wycofywały się drogą podkarpacką Chyrów-Sanok-Krosno-Nowy Sącz. Czujność i aktywność gestapo zmalałą AK organizowało prawie jawną mobilizację i koncentrację swoich oddziałów. Ten stan rzeczy sprawił, że wraz z bratem wróciliśmy do domu, w którym jednak nadal przebywaliśmy raczej tylko w dzień, szukając jakiejś "komyszy" na przetrwanie nocy. Front nieubłaganie się zbliżał, ale czujność w dalszym ciągu była wskazana. Pod koniec lipca słychać już było dokładnie z północnego wschodu kanonadę artylerii i niesamowity zgrzyt "katiusz". Z bratem postanowiliśmy wykopać schron w ogrodzie między drzewami owocowymi i odpowiednio go zabezpieczyć. Sąsiedzi obserwując nasze trudy, uśmiechali się pobłażliwie, przestali jednak, gdy pociski artyleryjskie zaczęty wybuchać w różnych miejscach wsi. Kopali podobne schrony pod ogniem artylerii, tyle że z większym strachem. Pierwsze dwa pociski artylerii rosyjskiej padły i eksplodowały prawie jednocześnie. Jeden uderzył w dom, w którym mieszkali parobcy z pobliskiego folwarku Chmurówek (jeden z parobków zginął), drugi zaś trafił w część stajenną naszego domostwa, rujnując na szczęście tylko naroże i nie raniąc nikogo. W tym czasie i w ciągu następnych dni zostało zabitych kilka rodzin ze wsi. Sytuacja stała się bardzo niebezpieczna, gdy po odejściu Rosjan w Doły Sanockie, artyleria niemiecka zajmująca wygodne pozycje na południowych stokach Karpat i dzięki temu mająca doskonały wgląd w całe Doły, zaczęła ostrzeliwać, podchodzące i koncentrujące się od strony północnej, oddziały rosyjskie. Zanosiło się na dłuższą akcję bojową na tym odcinku, nie było więc innego wyjścia, jak tylko załadować się szybko wraz z rodziną na wóz i opuścić wieś. Zatrzymaliśmy się dopiero w Humniskach tj. na tyłach frontu sowieckiego, gdzie panował już zupełny spokój. Ludzie kończyli szybko żniwa i wykonywali podorywki pod nowy zasiew, dobiegała końca pierwsza ; x)łowa sierpnia. W Humniskach przeżyliśmy kilka tygodni, dopóki front nie •przesunął się w kierunku Dukli i Jasła, co nastąpiło w połowie września. Pó powrocie do domu czekał nas okres wytężonej pracy przy żniwach i innych pracach polowych z konieczności wówczas zaniedbanych. Ale co najważniejsze, po raz pierwszy od tylu lat czuliśmy się bezpieczni. Do Krakowa jednak nie mogłem pojechać, gdyż front aż do stycznia 1945r. przebiegał nad rzeką Wisłoka. I znowu wyłonił się problem, co dalej robić. Miałem przerwane studia, pięcioletnią przerwę w pracy twórczej, zdrowie mocno nadwyrężone. Należało pomyśleć o dalszym leczeniu sanatoryjnym, ale to nie było w owym czasie takie łatwe. Chodziłem z wielkim trudem, tylko o lasce, korzystając z ortopedycznego obuwia. Na wsi rozpoczął się odpływ inteligencji, którą wojna wyrzuciła za burtę, a która szukała krewnych i u swych rodzin ha wsi możliwości przetrwania wichury wojennej. Ludzie ci wracali na swe stanowiska, niektórzy jechali szukać zajęcia na Ziemiach Odzyskanych. Mój brat z rodziną wyjechał do Żywca, skąd w czasie wojny wysiedlili go Niemcy. Ja zaś zdecydowałem się jechać na dalsze studia dó Krakowa, licząc na to, że w oparciu o pobyt w Akademii będę miał jako student większe szanse starania się o leczenie sanatoryjne.
Maria GONET - TEKLIŃSKAps. "STACHA" WSPOMNIENIA Z LAT OKUPACJI HITLEROWSKIEJ 1939 - 1944r. Od jesieni 1939 r. do wyzwolenia spod okupacji hitlerowskiej, należałam do Armii Krajowej. Byłam żołnierzem Tajnej Organizacji Wojskowej, Związku Walki Zbrojnej - Armii Krajowej. Pełniłam funkcję łączniczki komendanta podkarpackiej siatki Tajnej Organizacji Wojskowej, a następnie łączniczki KEDYWU Podokręgu Armii Krajowej Rzeszów, Pracowałam w dywersji. Pierwszymi żołnierzami A.K., z którymi rozpoczęłam pracę po złożeniu przysięgi, był dowódca Franciszek Płonka ps. "Jeleń", "Kubacki" i Zenon Sobota ps."Świda", "Korczak", "Tomaszewski". Po śmierci "Kubackiego", moim dowódcą, bezpośrednim przełożonym był "Korczak", który oświadczył mi, że będę od niego otrzymywać rozkazy, że przeznaczona jestem do wykonywania specjalnych poruczeń i dlatego nie będzie mnie kontaktował ze zbyt wieloma żołnierzamiA.K., na co wyraziłam zgodę. Zenona Sobotę, jego żonę Anielę, córki .Barbarę i Zofię poznałam jeszcze przed wojną, na wakacjach 1939 r., gdzie zamieszkiwali w Korczynie, w naszym sąsiedztwie u P.Jadwigi Gonet, żony Józefa. Zenon Sobota przed wojną do 1939 r. pracował w Starostwie w Krośnie, jako inspektor gmin samorządowych powiatu Krosno. Byłam u nich niemal codziennym - prywatnym gościem, zaprzyjaźniliśmy się, co w późniejszej pracy konspiracyjnej pomagało mi, nie budząc żadnych podejrzeń. Traktowana byłam przez znanych mi ludzi z Korczyna jako "przyjaciel domu rodziny Soboto w". Gdy "Korczak" planował jakąś poważniejszą akcję, wysyłał mnie na" zwiady", nawiązywanie potrzebnych kontaktów, wymienianie korespondencji z uczestnikami mającymi brać udział w wykonywaniu dywersyjnego zadania. Nieraz żona Aniela prosiła go, żeby nie wydawał mi bardzo niebezpiecznych zadań do wykonania, by mnie trochę oszczędzał, gdyż mam jeszcze do opieki z ojcem troje młodszego rodzeństwa i chorą siostrę. Matka zmarła jeszcze przed II wojną światową. Przyrzekał jej, ale jak nadeszła potrzeba - zapominał i mówił mi : "Jesteś żołnierzem, musisz iść, bo wiem, że potrafisz mi to dobrze załatwić" i na pożegnanie dodawał otuchy:"Bądź dzielna - uważaj". I tak było przez całą okupację. Czasem zwracałam mu uwagę w spokojnej rozmowie na może zbytnie narażanie przede wszystkim siebie, innych, czy nawet mnie i moją rodzinę w niektórych jego poczynaniach. Odpowiadał krótko : "Sprawa pilna, tak musi być, przekonasz się później, że mam rację" - i tyle w jego oczach widziałam wtedy zapału, wiary w słuszność swojej, czasem bezwzględnej decyzji, że potrafił swoją stanowczością przekonać, a odwagą zaimponować. Były też i takie chwile, że pomimo swojej szybkiej decyzji, zwracał się o aprobatę, czekał na nią i pytał: "Jak ty uważasz, co teraz należałoby, cy co najlepiej byłoby zrobić?" -pomimo, że byłam młodą dziewczyną (w 1939 r. w czerwcu ukończyłam gimnazjum humanistyczne 2 w Krośnie) - jednak w sprawach A.K.,konspiracji traktował mnie poważnie. Po jego przypadkowym aresztowaniu w Korczynie, w 1941 r.,gdy wracał do domu w Wielki Czwartek przed świętami wielkanocnymi, natknął się na Niemców penetrujących po Korczynie,czy który z gospodarzy nie dopuścił się jakiegoś nielegalnego uboju nierogacizny przed świętami. Za tego rodzaju przestępstwo wielu Polaków siedziało w więzieniach. Legitymowany "Korczak" nie posiadał przy sobie niezbędnych dokumentów i tak aresztowali go, i przewieźli do więzienia w Jaśle. Z jego najbliższą rodziną przeżywałam straszne chwile niepokoju - co z nim będzie, co będzie z naszą pracą konspiracyjną ? - bo każdy dzień okupacji stawał się koszmarem, już nie do wytrzymania. Podświadomie jednak liczyłam, bez żadnej zresztą podstawy, że musi wrócić, że to przecież jeden z odważnych Polaków, u którego nie można było stwierdzić żadnej prywaty. Często w domu cierpieli nędzę - nie mieli co jeść z żoną i dziećmi - byli jednak bardzo ambitni. Nieraz, w ostateczności korzystali z sąsiedzkiej gościnności, życzliwości i pomocy w Korczynie, gdzie zaczęli w 1941 r. to ciężkie, tułacze życie. I rzeczywiście wrócił z Jasła. Cieszyliśmy się ogromnie. Według relacji jego żony Anieli, wstawił się za nim - jakby poręczył, znajomy jeszcze z pracy w Starostwie Powiatowym w Krośnie - Niemiec, były dyrektor kopalni nafty sprzed 1939 r. z okolicy Krosna. Pani Aniela nie pamięta jego nazwiska (może Rothe?), ani też miejscowości, w której ów Niemiec był dyrektorem kopalni koło Krosna. Niedługo po tym wypadku Niemcy znowu złapali go w Jaśle i prowadzili do więzienia. Szedł, prowadząc rower. W czasie jakiegoś zamieszania zdołał uciec Niemcom i od tego momentu musiał się ukrywać. Od tej pory był ostrożniejszy, jakby przycichł w swej pracy konspiracyjnej. Trwało to krótko. Przystępuje do organizowania bohaterskich czynów dywersyjnych. Od pani Anieli Soboty dowiedziałam się, że po uwolnieniu Rzeszowa od Niemców, Zenon Sobota był zatrzymany w 1944r. w Rzeszowie przez Rosjan. Powód - nie zobowiązał się, jak mu proponowano, do organizowania dywizji Kościuszkowskiej. Wracam do czasów okupacji. Po "skoku" 26.01.1943 r. na kasę Firmy "Karpaten Ól" dla zdobycia pieniędzy na cele organizacyjne i dalszą działalność dywersyjną, wysłane zostały listy gończe, poszukiwano go. W Korczynie, Krośnie i okolicznych miejscowościach wisiały duże ogłoszenia, nakazujące ujawnienie miejsca pobytu. Niemcy obiecywali nagrodę w wys. 50 tys.zł. Wtedy nie tylko "Korczak", ale i jego rodzina musiała zacząć prawdziwą, wojenną tułaczkę i ukrywanie się u różnych łudzi. Pierwszym "lokum" był mój dom rodzinny w Korczynie, nr.348 "Anatolówka". Moje młodsze rodzeństwo i pomoc domowa w naszym gospodarstwie rolnym nie byli zorientowani, że ktoś ukrywa się w naszym domu. Tak było 3 do 4-ch tygodni z tym, że "Korczak" zatrzymywał się na 2-3 dni, to znćnocą wychodził i wracał niepostrzeżony. Rodzina jego pozostawała przez cały ien czas u nas, ukrywając się. Nie była to sprawa łatwa, bo już byłam pod obserwacją "tajniaka" - cywila, Mój ojciec był chory na serce (angina pectoris); bardzo przeżywał ten okres ukrywania się w naszym domu rodziny Sobotów.Kiedy przeczytał na rynku ogłoszenie, że za "ukrywanie i udzielanie pomocy Zenonowi Sobocie grozi kara śmierci", wrócił do domu zmartwiony, bo zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa grożącego tak rodzinie Sobotów, jak również całej naszej rodzinie. Miał przecież żonę i pięcioro dzieci. Trzymał się jednak, dzielnie i pomagał mi tyle, ile było w jego możliwościach. Po paru tygodniach poprpsił mnie na rozmowę i powiedział, że "nerwy zaczynają mu odmawiać posłuszeństwa, że już nie może tak dłużej żyć, bo złe się czuje ze zdrowiem -abym postarała się o zmianę miejsca ukrywania się dla rodziny Sobotów". Potraktowałam to poważnie, bo widziałam jak ojcu twarz poszarzała i zgłosiłam to "Korczakowi". "Korczak" prosił jeszcze o parę dni, aby przygotować inne miejsce. 1 rzeczywiście - w jedną ciemną deszczową noc ok.24-tej wyruszyliśmy. Odprowadziłam ich koło nowego cmentarza w Korczynie i oni skierowali się drogą na Krościenko Wyżne obok Krosna. Późniejszym celem miała być Leśniczówka, gdzie i ja przez jakiś czas musiałam ukrywać się. Tak mi polecił "Korczak". Tłumaczyłam się w pracy chorobą, przedstawiając świadectwo lekarskie. Rzeczywiście, miałam dolegliwości stawowe, cierpiałam na reumatyczne zapalenie wszystkich stawów i w miesiącach letnich byłam zmuszona wyjeżdżać nieraz na parę tygodni do Iwonicza Zdroju na leczenie. Mieszkałam wtedy u Wojciecha Penara. który później - wiosną 1944 r. zginął w okrutny sposób wraz z 70 -ma więźniami. Najpierw ich umęczono, a następnie powiązano ze sobą kolczastymi drutami irozstrzelano w lesie Grabińskim, w Iwoniczu. Wojciech Penar (ur. w Klimkówce) to zawodowy wojskowy, który pr&I wojną służył w Samborze, zaś w czasie okupacji mieszkał wraz z żoną Józefą (z d.Kramarz) w Iwoniczu. Pracował w A.K., ćwicząc młodych chłopców w Iwonickim lesie, na sprawnych żołnierzy A.K. Tam też oddał życie jako wielki, polski, cichy bohater. Musiałam podleczyć się w Iwoniczu u dr Aleksandrowicza, aby móc dalej pracować w ruchu oporu, pokonywać pieszo duże odległości bez względu na warunki atmosferyczne,rodzaj terenu - las, czy niebezpieczna szosa. Z pracy biurowej w Korczynie zrezygnowałam, tłumacząc,że dostałam lepsze zajęcie w Starostwie Powiatowym w Krośnie, w Dziale Rolnym u inż.Bilińskiego. Zostałam instruktorką rolną. Organizowałam i kontrolowałam wyniki upraw warzyw w ogródkach działkowych, w powiecie Krosno. Załatwiona dla mnie praca była korzystna, bo umożliwiła mi przebywanie stale, służbowo, oficjalnie, z prawdziwymi dokumentami (na swoje nazwisko), na terenie powiatu krośnieńskiego. Szefem Starostwa był Niemiec Schroder,który też narzekał na dolegliwości stawowe i leczył się nawet w szpitalu krośnieńskim. Jadąc raz powozem po ulicach Krosna (w czasie pobytu w szpitalu), zobaczył mnie w godzinach pracy na ulicy Zatrzymał się i zapytał:co to jest, że jestem tutaj, bo w tym dniu miało być zebranie w Starostwie, na które on zwolnił się ze szpitala. Ponieważ załatwiałam pocztę A.K. jako łączniczka, powiedziałam mu zgodnie z prawdą, że bolą mnie nogi-stawy, szłam właśnie z łaską co go przekonało. Ja zaś musiałam iść natychmiast do lekarza po świadectwo lekarskie i urzędowe zwolnienie, bo bałam się " podpaść". Zachowałam pozory jak najlepszej pracowniczki, przygotowywałam konkursy ogródków działkowych w pov. Krosno, zdobywałam nagrody dla uczestniczek konkursu za dobre i obfite plony warzyw i kwiatów. Bezpośrednią kierowniczką instruktorek rolnych była p. Emma Wageman -dobra Polka(mimo niemieckiego nazwiska), dla mnie wyrozumiała i życzliwa. Wytypowała mnie na wyjazd do niemieckiego majątku rolnego celem przeszkolenia instruktorsko-rolniczego. Kierownikiem tych kursów w Rabie Wyżnej była p. Zofia Kowalska. Bardzo lubiłam swoją pracę w Krośnie i powiecie z gospodyniami wiejskimi,gdyż umożliwiała mi ona działalność konspiracyjną. Często odpoczywałam na powietrzu po nieprzespanych nocach.po bardzo niebezbiecznych wyprawach, np. po powrocie z trasy Krosno-Kraków, gdzie przewoziłam prasę dywersyjną przeznaczoną dla żołnierzy niemieckich, to znów przewożąc broń i mundury niemieckie zdobyte na Niemcach, przeznaczone do następnej akcji w Krakowie, czy na innym terenie -zrzuty oraz pieniądze przeznaczone do dalszej działalności AK. Broń nadawałam jako bagaż w dużym koszu wiklinowym. Jeździłam też po zaopatrzenie aprowizacyjne dla partyzantów, żołnierzy AK. - np. po duże bloki masła, które otrzymywałam od dyr. Zakładów Mleczarskich w Krakowie przy ul. Friedleina 4, od inż.Jarosza i inż.Antoniego Bala, tam również pracujących. Inż. Antoni Bal był bratem żony Zenona Soboty - Anieli Bal ze wsi Czekaj koło Żmigrodu, w pow. Jasło. W mojej walce podziemnej z okupantem kontaktowałam się z niektórymi żołnierzami Ruchu Oporu - wymieniam tylko kilkunastu: Franciszek Płonka ps."Jeleń", "Kubacki", Zenon Sobota ps."Świda", "Korczak", "Tomaszewski", Bogumił Miller, jego żona Barbara i córka Ewa - Hebzda, Marian Szuba, Andrzej Mendelowski ps."Kot", dr Styrkosz, Krystyna Okułska-Niwińska, Irena Kłapkowska ps."Glinczanka" z Gorlic, Józef Modrzejewski ps."Lis", Stanisław Kostka-Dąbrowa, w latach 1943 - 44 adiutant podkarpackiego Ośtodka KEDYWU, następnie adiutant KEDYWU Podokręgu A.K.Rzeszów - Franciszek Kochan ps."Obłoński" oficer dywersji i komendant oddziału partyzanckiego Okręgu Krosno, Stanisław Habrat ps. "Polip" oficer sztabu Okręgu Krosno, i inni... Moje konspiracyjne "wyprawy" były organizowane do różnych miejscowości, min.: Rzeszów, to znów Krosno-Krościenko, Krosno-Białobrzegi, Krosno-Chorkówka, Wietrzno, Równe, Leśniczówka, innym razem Krosno-Słomniki,Prandocin, to znów Korczyna-Krosno-Jasło, Krosno-Korczyna-Czarnorzeki, Krosno-Kraków, Kraków-Kalwaria Zebrzydowska-Brody i z powrotem do Korczyny, Krosno -Rzeszów, Rzeszów-Czudec-Babica-Korczyna-Strzyżów-Rzeszów i inne. Właściwie stale byłam w podróżach "służbowych" A.K. - oficjalnie zaś (o czym zresztą wszyscy znajomi z Korczyny byli przekonani),pracowałam w Starostwie Powiatowym w Krośnie. Niektórzy tylko podejrzewali mnie o kontakty z Zenonem Sobotą i czasem pytali, co się z nim i jego rodziną dzieje.Odpowiadałam, że nie wiem, bo wyprowadzili się z Korczyny. Tak urywałam rozmowę i celowo zmieniałam temat. Czasem nawet sama zadawałam te pytania osobom, które się nim bardzo interesowały. W ten sposób byłam dalej spokojną mieszkanką Korczyny, która kiedyś tylko znała Sobotów i nie mająca z nimi nic wspólnego. Dzięki wyrobieniu sobie powyższej opinii mogłam odważniej i w różnych akcjach A.K. pracować przez całą okupację. W domu rodzinnym, w Korczynie, siostra Helena Gonet prowadziła tajne nauczanie. Ja również organizowałam i częściowo prowadziłam fajne nauczanie z zakresu szkoły średniej. Siostra Helena przed 1939 r. studiowała w Krakowie. Przygotowała do matury m.in. Izabelę Szeptycką - obecnie lekarkę w Toruniu - bratanicę gen. Stanisława Szeptyckiego zamieszkałego w Korczynie, Bogumiłę Herda - córkę aptekarza z Korczyny, Juliana Pudło - obecnego księdza Prałata pracującego w Brzozowie, Tadeusza Goneta - syna rolnika z Korczyny (b. pracownik f-my budowlanej w Jaśle), Marię Półchłopek i Marię Winiarską z Korczyny i innych nie wymienionych. Sporadycznie "Korczak" wysyłał również siostrę Helenę jako łączniczkę z pilną pocztą konspiracyjną np. do Krakowa. Pod koniec 1942 r.,a z początkiem 1943 r. "Korczak" objął swoją działalnością całe Podkarpacie. Począkowo był on komendantem podkarpackiej siatki Tajnej Organizacji Wojskowej, późniejkomendantem podkarpackiego Ośrodka KEDYWU, następnie komendantem KEDYWU Podokręgu A.K. Rzeszów. Od tego czasu datują się moje podróże konspiracyjne o poszerzonym zasięgu, gdzie przygotowywano nowe akcje dywersyjne i w ogóle ruchu oporu. Biorąc pod uwagę zdobywanie broni na Niemcach, przygotowywano uderzenia na więzienie w Jaśle, jak też przeprowadzanie innego rodzaju sabotażu, nie tylko politycznego ale i gospodarczego. Chciałabym jeszcze wspomnieć o krytycznym dniu 26 czerwca 1943 r. dla grupy dywersyjnej "Korczaka" - o śmierci Franciszka Płonki ps. "Kubacki" w okolicy Przysietnicy, w pow.Brzozów. Opisuję w/g relacji, jaką w "rodzinnej" rozmowie przedstawiła mi żona "Korczaka". Byłam u nich w rodzinie "ciocią Stacha"....... Zapowiadał się pomyślny dzień po wspaniale zorganizowanej likwidacji sanockiego konfidenta -Gorynia. Zmęczona grupa wracała z akcji i chciała jeszcze w Brzozowie, Grabownicy, Przysietnicy rozpoznać biura meldunkowe i zabrać ewidencję ludzi wytypowanych na wyjazd do niewolniczej pracy, do Niemiec, i ewentualnie ją zniszczyć. Niespodziewanie uległo zniszczeniu koło samochodu i część załogi z "Korczakiem" na czele zajęła się jego naprawą. "Kubacki" zasnął zmęczony siedząc wewnątrz samochodu. Tymczasem nadjechały furmanki z Niemcami od strony wsi Izdebki, zauważone w ostatniej chwili przez naprawiających samochód. Niemcy nie minęli stojących, lecz zaczęli legitymować. Doszło do strzelaniny. "Korczak", jak mi opowiadał, zdążył tylko krzyknąć na "Kubackiego": "Uciekajmy w las |". Nie zdążyli go wyciągnąć z samochodu i W tym momencie trafiła go śmiercionośna kula niemiecka. Wtedy, jednego rannego Polaka Niemcy wykończyli, a trzem pozostałym przy życiu, udało się wśród strzelaniny odskoczyć do lasu. Byłam świadkiem, jak "Korczak" wrócił po akcji i opowiadał żonie, i mnie o całym zajściu. Był do głębi wstrząśnięty i pierwszy raz widziałam Izy w jego oczach, gdy mówił: "Nie dało mi się go uratować". W milczeniu tylko i ze łzami w oczach uczciliśmy śmierć bohatera walki podziemnej - niezapomnianego "Kubackiego". Chwile wtedy przeżyte nie potrafię nigdy zapomnieć. "Korczak", jako dowódca, nie mógł być winny w żadnym wypadku, gdyż w błyskawicznie tam postępującej akcji, która była dla nich wielkim zaskoczeniem, nie dali rady zorganizować się do właściwej obrony a przede wszystkim zmęczenie musiało zaważyć na tragicznym zakończeniu tej akcji. Wspominając dalej - pięć razy przeżywałam pełne grozy spotkania z Niemcami w czasie "wyjazdów służbowych", wykonując specjalne zadania poruczone mi w akcjach dywersyjnych. Raz przewoziłam prasę dywersyjną przeznaczoną dla żołnierzy niemieckich oraz ważną pocztę jako łącznik. Otrzymałam rozkaz wsiadać tylko do niemieckiego wagonu, czytać "Krakauer Zeitung" nie zwracając na siebie zbytniej uwagi, a w razie niebezpieczeństwa -upuścić tajną przesyłkę i spokojnie wyjść z przedziału niemieckiego. Uczesanie włosów miałam zrobione w ten sposób, aby stworzyć sylwetkę niemieckiej dziewczyny. Dokumenty jednak miałam własne, czyli obowiązujący Polaków dowód osobisty "Kennkartę", wysławioną na moje nazwisko. Miałam pecha. Przed Bochnią wpadło kolejowe gestapo, kontrolować wagon tylko dla Niemców. Wszystkich Niemców kontrolowano, blokując jednocześnie przejście do polskiego wagonu i uniemożliwiając mi wycofanie się. Jechałam z Krosna do Krakowa. Nawet udało mi się nie okazać im zdenerwowania. Tłumaczyłam się całkiem naiwnie, że nasz przedział był bardzo przepełniony i na chwilę tu przeszłam. Nie było czasu, ani żadnych możliwości na wyrzucenie,, czy opuszczenie przesyłki, którą wiozłam. Wtedy to byłam ranna w nogi. Wyrzucona przez kolejowego gestapowca z jadącego jeszcze pociągu w Bochni, upadłam na dużą stertę kamieni.Po odjeździe pociągu do Krakowa, uratował mnie polski dyżurny ruchu, który nie wykonał polecenia Niemca i oddał mi moją "Kennkartę", nie przeprowadzając nakazanej mu rewizji osobistej, lecz nawet wskazał mi drugi pociąg, który za 1/2 godz odjeżdżał do Krakowa. Miałam dużo szczęścia i zdrowe jeszcze nerwy, więc całkowicie wykonałam powierzone mi zadanie. Następna rewizja niemiecka zaskoczyła mnie też, ale już w polskim, ciasnym przedziale. Była dość szczegółowa. Wiozłam małą teczkę,- a pudełeczko z ruszającą się wewnątrz zawartością było również niebezpieczną przesyłką. Były tam ukryte rozkazy dla żołnierzy A.K. naszego Okręgu. Wyrwano mi z ręki czarną teczkę i jeden z Niemców chwycił za pudełko potrząsając nim, Mó liłam mu widocznie jakoś spokojnie, że tam jest pasta i szczoteczka do zębów, bo pudełko wrzucił mi z gestem złości, do teczki. Wyglądało na to, że zniewoliłam go wzrokiem i zainteresował się innąogobą, Odetchnęłam z ulgą, ale pot spływał po całym moim; sieje. Siedząca obok sąsiadka zapytała mnie, dlaczego tak zbladłam, a później zaczerwieniłam się. Początkowo nie mogłam mówić, bo zdawałam sobie sprawę, że byłam od krok od śmierci albo Oświęcimia, ale po chwili odpowiedziałam jej, że tak zawsze reaguję, jak zobaczę Niemców. I znowu udało mi się dojechać szczęśliwie do celu i wykonać rozkaz. Potrafiłam dość prędko zapomnieć o przebytych niebezpieczeństwach. Młodość, jak i swego rodzaju konspiracyjny upór, pchały mnie do coraz niebezpieczniejszych akcji. Nie sprzeciwiałam się żadnym rozkazom,;, ani nie zawahałam się nigdy przed wykonaniem najmniejszego polecenia. ói?r: Raz przewoziłam w dużym koszu z wikliny na bieliznę broń zdobytą na Niemcach, jak też mundut wojskowy niemiecki - także na trasie Króśńo-Kraków. Kosz z bronią był nadany na bagaż, na stacji Krosno, do mojego biletu kolejowego. Po przyjeździe do Krakowa bagaż odebrałam, a wynajęty bagażowy wiózł go na wózku przed przechowalnie PKP na Dworcu Głównym. Tam zobaczyłam umówionych chłopców z A.K., rozpoznałam ich i miałam im przekazać ów'bagaż do dalszego, przygotowanego transportu sprzed Dworca Głównego. Tymczasem na dworcu rozszalała się niemiecka policja - gestapo kolejowej sprawdzali bagaż każdego podróżnego. Momentalnie Niemcy znaleźli się przy moim koszu i krzyczeli "otwierać",, "co tam wiozę". Nie zastanawiając się, posunęłam się do swego rodzaju brawury, gdyż życie moje wisiało na włosku. Wyjęłam prędko kluczyk i wkładając go odwrotnie do kłódki, mówiłam po niemiecku, że wiozę pierzynę, pościel i rzeczy osobiste do ubrania. Zaczęłam manipulować przy kłódce, bo klucz celowo odwrotnie włożony nie chciał się w ogóle ruszyć. Niemcy widząc, że chętnie zabrałam się do otwierania kosza krzyknęki:"genung" - "dosyć" i pobiegli dalej, bo przechodziło coraz więcej ludzi jeszcze nie sprawdzonych. Wtedy wyczekujący przy drzwiach "nasi chłopcy" doskoczyli, porwali kosz i zniknęli, a ja nie mogłam utrzymać się na nogach -były jak z wary. Wyszłam ze stacji ledwo żywa. Początkowo nie mogłam opanować się, było mi jakoś słabo, ale zebrałam resztki sił i dostałam się do tramwaju, aby jechać gdziekolwiek. Raz zajeżdżałam na ul. Dietla bliżej Wisły - zapomniałam numeru kamienicy. Innym razem znów do P.Sołtysików na ul. Wiślisko, zdaje się, że pod nr 10,. Często na ul.Królowej Jadwigi, to na ul. Emaus do P.Balów. Spotykałam się też koło Sukiennic, to znów w restauracji narożnej przy ul. Dietla. Miejsc i punktów kontaktowych miałam wiele - zawsze inne. W naszej konspiracyjnej , dywersyjnej pracy nie było czasu na odpoczynek. Nowy wyjazd Krosno - Jasło. Spotkanie obok więzienia, tuż przy siedzibie jasielskiego Gestapo, niedaleko Sądu, ze strażnikiem więziennym Józefem Okwieką ps. "Trójka". Wymiana poczty, obserwacja, zwiad - w przygotowaniu akcji napadu na więzienie w Jaśle, celem uwolnienia więźniów. Sprawa była tym trudniejsza, że strażnik więzienny z nami współpracujący, a mający żonę w ciąży, raz zgodził się na udział w akcji uwolnienia więźniów i pozostawienia nie zamkniętej bramy, i drzwi więzienia po dyżurze w umówionym dniu i godzinie (przed 24 godz.), innym razem wycofywał się i wtedy było bardzo niebezpiecznie iść z nim na ponowne spotkanie, celem doprowadzenia akcji do końca. W takich wypadkach ja byłam wysyłana jako żołnierz do specjalnych poruczeń. W celach podobnych - kontaktach z więźniami, za pośrednictwem pracujących dla nas strażników więziennych, byłam też nieraz w Krakowie, w strasznym więzieniu na ul. Pomorskiej. Zawsze udawało mi się wykonać rozkaz i szczęśliwie wrócić do bazy. Tak samo, po szczegółowych przygotowaniach udała się akcja uwolnienia więźniów z więzienia w Jaśle, nocą z 5/6 sierpnia 1943 r. Po dokonaniu udanego, wspaniałego napadu i uwolnienia 66 więźniów politycznych i kilkudziesięciu innych (np. za przestępstwa gospodarcze) dostałam rozkaz dotarcia do niektórych ukrywających się, a uwolnionych więźniów z Jasła, jak i ukr vających się samych uczestników napadu. Pójście do nich było nieraz konieczne, ale i bardzo niebezpieczne, gdyż czujność niemiecka była wzmożona, konfidenci działali. Zachowując dużą ostrożność, dotarłam w lasy koło zamku w Odr/ykoniu do szkoły w Czamorzekach, aby nieść pomoc i spełnić powierzone mi zadanie. Po jasielskiej akcji dywersyjnej dostałam polecenie zniknięcia na jakiś czas z Korczyny i Krosna - miałam się ukrywać. Ojcu musiałam powiedzieć, że wyjeżdżam do pracy w Krakowie, gdzie skontaktowałam się z jego dawnym kolegą prof.Miesowiczcm, który przed wojną pracował na AGH. W oznaczonym dniu ojciec odwiózł mnie na stację PKP do Krosna. Po drodze wstąpiłam do dawnego pałacu biskupiego. Tam od Krzysi Okulskiej otrzymałam adres, gdzie mam się udać. Otóż, miejscem mojego schronienia były Brody koło Kalwarii Zebrzydowskiej.Tam pod lasem stał maty, opuszczony domek, w którym zastałam ukrywającą się rodzinę Sobotów. Byłam razem z żoną i dziećmi "Korczaka", która przyjechała wcześniej, zaznajomiła się już z sąsiadką i chodziła pomagać jej w pracy ną polu.Później chodziłyśmy razem, za co dostawałyśmy trochę ziarna. U tej sąsiadki mełłyśmy to zboże na mąkę, aby móc upiec jakieś placki. Chodziłyśmy do lasu na grzyby, czasem udało się nam kupić kurę, by zapewnić minimum egzystencji. Chodziło szczególnie o małe jeszcze dzieci "Korczaka" - Basię i Zosię, którym trudno było czasem odmówić jedzenia. Opał zbierałam w lesie. Od czasu do czasu "Korczak" przysyłał z Krakowa łącznika -młodego, ciemnowłosego chłopca w okularach (nie przypominam sobie jego nazwiska, ani pseudonimu), który przywoził od niego wiadomości. Ode mnie odbierał list, albo kartkę-pocztówkę do ojca, wrzucał w Krakowie i w domu rodzinnym byli o mnie spokojni, bo informowałam, że jestem zdrowa i dobrze mi się pracuje u prof Mięsowicza. Adresu zwrotnego nigdy nie było, więc ja mę miałam żadnych wiadomości o rodzinie. Dopiero pod koniec października 1943 r., w sobotę wieczowem przyjechał "Korczak" do domu i mówił mi, że wszystko jest w porządku. W niedzielę poszedł z nami do kapliczki w Brodach na nabożeństwo. On szedł z żoną, ja z dziećmi. Idąc, słyszałam jak rozmawiali o czyjejś chorobie. Po śniadaniu, "Korczak" widząc, że jakoś o nic nie pytam, powiedział: "Jesteś przecież dzielnym żołnierzem, więc wszystko co powiem, musisz też przyjąć jak żołnierz". Zapytałam, "Co się stało?". "Korczak" wtedy powiedział: "Twój ojciec nie żyje". Nie mogłam słowa wymówić, wykrztusiłam tylko pytanie: "Czy zdążę na pogrzeb?". On powiedział, że nawet nie mogłabym wyjechać, bo musiałby dla całej rodziny zmieniać miejsce zamieszkania, a poza tym jest już parę tygodni po pogrzebie ojca. Wybiegłam do lasu, gdzie dałam upust łzom i żalowi. Siostra Helena tłumaczyła zainteresowanym moją nieobecność na pogrzebie tym, że zachorowałam w Krakowie, mam wysoką temperaturę i nie mogłam z tego powodu przyjechać. Uprosiłam "Korczaka", że na Wszystkich Świętych muszę pojechać do Korczyna, bo gdy i wtedy mnie nie będzie, to dopiero podpadnie moja nieobecność i nie będę już mogła do końca wojny wrócić do domu. Konfidenci przecież działali. Zgodził się, ale rozkazał mi zaraz drugiego listopada wrócić z powrotem do Brodów, bo musi przygotować dla rodziny nowe miejsce pobytu. Rzeczywiście, wróciłam następnego dnia. Zastałam żonę "Korczaka" prawie spakowaną. Zawiadomiła mnie, że natychmiast musimy stąd wyjechać i to najbliższym pociągiem, bo właśnie przed paru godzinami było po mnie gestapo. Pytali, : Gdzie jest ta Żydówka-wysoka, o ciemnych włosach , co się tu ukrywa. Widocznie jakiś miejscowy konfident chciał się im przysłużyć. Aniela-żona "Korczaka" miała wyrobiony dowód na nazwisko Tomaszewska i ona z dziećmi była wylegitymowana. W Brodach zasymilowała się, była tam wcześniej ode mnie... Ja zaś zwracałam swoją osobą uwagę - rzeczywiście byłam wysoka, o czarnych włosach i to się widocznie nie podobało - kojarzono mnie z Żydówką Zabrałyśmy co się dało i z dziećmi na rękach wyszłyśmy jak się tylko ściemniło, by zdążyć do pociągu na godz.24. Bilety do Krakowa kupiłyśmy u konduktora w pociągu, bo przez przejście na peron przemknęłyśmy się szybko, aby być niezauważone. Z Krakowa, po porozumieniu się z Korczakiem, wróciłam do Korczyny. Po moim powrocie, znajomi byli przekonani, że leżałam chorując na stawy, co rzeczywiście się zgadzało, bo stawy bardzo mi dokuczały. Musiałam nawet ograniczać konspiracyjne wyprawy. Tak przyszło lato 1944 r.i front na linii Dukla, Korczyna, Krosno, Jasło. Przez parę tygodni w mojej rodzinnej Korczynie, Niemcy zmagali się z wojskami sowieckimi. W jeden dzień rano byli Niemcy, w nocy zaś zdobywali Korczynę Sowieci. 31 lipca po zaciętej walce Niemcy znowu weszli do Korczyny. I wtedy z wściekłością zaczęli wyrzucać z samolotów zapalające rakiety, a czołgi przejeżdżające koło domów niszczyły wszystko dokoła, co wskazał jadący w jednym z nich pewien cywil. M.in. całe nasze gospodarstwo i dom . Byłam wtedy w piwnicy, w murowanym domu wujka, gdy Niemcy przez oszklony ganek wrzucili granat. Wcześniej dom z zewnątrz został oblany jakimś smarem. Powstał pożar. W piwnicy zaczęło brakować powietrza. Na szczęście pożar ugaszono. Tej koszmarnej nocy nie da się zapomnieć do końca życia. Po spaleniu przez Niemców naszego domu i gospodarstwa, uciekłam spod frontu z Korczyny, przez Czarnorzeki do Strzyżowa, a stamtąd pociągiem do Rzeszowa. Idąc, myślałam o "Korczaku", gdyby się tak gdzie zjawił, jak równeż o jego żonie i dzieciach -gdzie też oni teraz ukrywają się? Wiedziałam, że gdzieś koło Rzeszowa, ale po przeżyciach frontowych, wszystko jakbym zapomniała. Uszłam niedaleko od dworca kolejowego i nagle słyszę, jak ktoś woła: "Stacha"] i biegnie naprzeciw mnie. Oczom nie chciałam wierzyć - zobaczyłam Anielę Sobotową-Toi aszewską, żonę "Korczaka", jak biegnie naprzeciw mnie i płacze z radości. Uściskom nie było końca. Mówiła mi: "Wyszłam widocznie po ciebie, bo coś mówiło mi, że muszę natychmiast jechać do Rzeszowa, mimo, że nie miałam tam żadnego interesu. "Korczak", którego również spotkałam, pomógł mi uzyskać pracę. Tak zaczęło się moje życe po okupacji. W dzień pracowałam w biurze "Nafty", a noce, nie mając jeszcze mieszkania, spędzałam w szpitalu, pilnując siostry po operacji, którą w międzyczasie przywiozłam z Korczyny. Później na Staromieściu odnalazłam koleżankę siostry, która przyjęła mnie do swego maleńkiego pokoiku. ll.o4.1946 przeniosłam się z Rzeszowa do pracy w Krakowie. Mogłam więc podjąć studia ekonomiczne. "Korczak" namawiał mnie niejednokrotnie na wyjazd do Katowic, gdzie mogłam otrzymać mieszkanie i lepiej płatną pracę. Ze względu na rozpoczęte studia odmówiłam. Byłam spragniona wiedzy. Kraków odpowiadał mi całkowicie. Odwiedziłam go jednak, w jego prezydenckiej willi, w Katowicach. Poza pokojami reprezentacyjnymi pokazał mi swój osobisty pokój, który wyglądał jak schronienie żołnierza -partyzanta. Byłam zaskoczona prymitywnym urządzeniem i niezwykle małymi, osobistymi wymaganiami jego właścicela. Prosił mnie, abym podała jego żonie i dzieciom pieniądze. Przyjeżdżał często do Krakowa, by coś podać dla swojej rodziny, z którą byłam w kontakcie jak dawniej. Kontakt z Korczakiem utrzymywał się do momentu jego nowej propozycji; jako mediatora rodzinnego u jego żony Anieli, w związku ż planowanym przez niego rozwodem. Odmówiłam stanowczo. Chciałam zostać nadal przyjacielem rodziny i jego dzieci. Wtedy poprosiłam go, abyśmy się więcej nie widywali. Dopiero w 1951 r. dowiedziałam się reszty historii jego osobistego życia z relacji jego żony Anieli, a mianowicie, że : "po 1945 r. jej mąż Zenon Sobota był na pewno kpt-mjr W.P. - Tomaszewski - starostą w Będzinie, prezydentem miasta Katowic, a następnie starostą w Zielonej Górze, to znaczy do chwili aresztowania go w dniu 3.03.1948. Aresztowany w drodze z Zielonej Góry do Warszawy (wezwany służbowo), nocując pod strażą w hotelu, w Poznaniu, zdołał upić alkoholem strażnika i zbiec w nieznanym kierunku". O śmierci swojego męża Zenona Soboty - Tomaszewskiego, żona Aniela dowiedziała się z aktu zgonu. Otrzymała go od księdza proboszcza ze wsi Zwierzyniec w woj. lubelskim. Był poszukiwany przez obecne władze i znaleziony na strychu domu organisty, gdzie w chwili zatrzymania ostatnią kulą odebrał sobie życie. Żona Aniela, nie mając żadnych środków utrzymania dla siebie i dzieci - dwóch córek, wróciła do rodzinnego domu w Czekaju koło Jasła. Wychowywała jeszcze małego syna zmarłej siostry - Bogdana Rucińskiego. Po jakimś czasie zawarła związek małżeński z wdowcem, szwagrem, Antonim Rucińskim. Urodziła jeszcze córkę Bożenę. Żona - Aniela Sobotowa Rucińska jest oburzona fałszywymi informacjami o życiu i działalności jej męża - Zenona Soboty, z czasu okupacji niemieckiej i po wyzwoleniu, podanych przez Łukasza Grzywacz- Świtalskiego, w książce pt. "Z walk na Podkarpaciu"- Instytut Wydawniczy PAX w 1971 r. i w innych. "Należałoby opracować nowe wydawnictwo, które byłoby prawdziwą kartą okupacyjnej historii z walk podziemia i dywersji na Podkarpaciu" - to jedno z wielu zdań wypowiedzianych do mnie przez matkę - Polkę , wierną zawsze wraz z mężem Zenonem Sobotą, swojej Ojczyźnie. Dlatego pozwoliłam sobie opisać moje wspomniena z okupacji hitlerowskiej, gdyż one byty w wielu wypadkach ściśle związane z osobą Zenona Soboty. Zenon Sobota został i zostanie w mojej w pamięci jako człowiek, który przez całą okupację, bez przerwy, narażał swoje życie dla drugich i przyszłej, wolnej od niemieckiego okupanta Polski - Ojczyzny. Sposób jego walki podziemnej był czasem bezwzględny, prowadził jednak bardzo śmiało do wytyczonego celu, nieraz tak właśnie było trzeba. Lubił być w pracy tajemniczy, czasem "niezwykły" jako człowiek, może czasem miał za wiele ambicji. Dążył, aby zaczęte przez niego zadanie było jak najefektywniejsze, nieraz brawurowe, żeby mógł odwagą zadziwić wszystkich Podczas okupacji niemieckiej wegetował. Czasem wraz z rodziną żyli w nędzy. Właśnie ja, może najwięcej stykałam się z ich codziennym życiem przez całą wojenną tułaczkę, pomagając im według swoich skromnych możliwości -jeszcze jako sąsiadom z Korczyny, a później w ukrywaniu się przed Niemcami. W walce dywersyjnej na Podkarpaciu, z całą swoją grupą żołnierzy, był zawsze postrachem dla jak zdawałoby się " niepokonanych Niemców". Niech pozostanie w sercach Polaków przez długie lata poprzez karty naszej polskiej historii. Stwierdzam to z całą odpowiedzialnością jako żołnierz b.Tajnej Organizacji Wojskowej, Związku Wałki Zbrojnej - Armii Krajowej, jako jedna z najbliższych mu współpracowników dywersji, walczących przez okres całej okupacji niemieckiej drugiej wojny światowej, od 1939 do 1944 r.
Barbara Bogdańska - Pawłowska. Nieznane fragmenty z historii Brzozowa O ile mi wiadomo, dotychczas nie ujawnono jednego z fragmentów działalności Krośnieńskiego Inspektoratu ZWZ Armii Krajowej na terenie Brzozowa. Otóż, w domu przy ul. Reymonta 2, stanowiącym wówczas własność moich rodziców - Łucji i Tadeusza Marciniaków, od jesieni 1940 r. do zimy 1943 r, a następnie przeprowadzce, przy ulicy Sienkiewicza 7 mieścił się punkt kontaktowy Polskiej Organizacji Wojskowej, a następnie Krośnieńskiego Inspektoratu ZWZ AK. Spotkanie organizacyjne, zainicjowane przez Panią Marię Kracińską -nauczycielkę gimnazjalną w Krośnie, odbyło się w listopadzie, lub początkiem grudnia 1939 r. Uczestniczyli w nim : PP. Kracińską, por. Franciszek Płonka z Krosna, Barbara Niewołkiewicz, dr Stanisław Pilszak i mój ojciec z Brzozowa. Od tego czasu rozpoczęły się, dość często powtarzające się, kilkugodzinne, a także dwu-trzydniowe pobyty w nas2ym domu różnych ludzi, którzy kontaktowali się z ojcem, przy pomocy ustalonych kryptonimów i haseł. Częstymi, spośród wielu gości byli: w/w por. Płonka, Zenon Sobota ps."Świda" i człowiek o pseudonimie "Dąbrowa". Zadaniem ojca było m.in. przeprowadzanie wywiadu na terenie Brzozowa (nie znam bliżej tematyki, a informację mam od Janusza Oczykowskiego) i dostarczanie zdobytych informacji do Inspektoratu w Krośnie. Bezpośrednio z nim współdziałali: wspomniany Janusz Oczykowski, agronom wiejski z Domaradza i P.Karol Troczyński z Turzego Poła. Natomiast nigdy nie spotkałam w naszym domu osób wymienionych we wspomnieniach, zawartych w 2-gim ńr Brzozowskich Zeszytów Historycznych, a rekrutujących się z terenu Brzozowa. Ponadto, ze względu na dogodne położenie i łatwość dojścia od pól, dom nasz służył jako punkt rezerwowy do przechowywania szczególnie zagrożonych osób. M.in., u nas po akcji w lesie przysieckim, w dniu 26 czerwca 1943 r. przebywał por."Świda". Także u nas znalazła schronienie 15-osobowa grapa więźniów, uwolnionych w nocy 5 sierpnia 1943 r. z więzienia w Jaśle. Po trzydniowym odpoczynku na strychu, jej członkowie, zaopatrzeni w fałszywe dokumenty, rozeszli się w różne strony, a dwóch odprowadziłam do lasu na Baniskach. Wysiedlony z Bydgoszczy Władysław Wojtyński, mój wujek (przed wojną wyższy urzędnk kolejowy) u nas mieszkający, wyrabiał w razie potrzeby fałszywe kenkarty, których druki dostarczała ojcu pracownica starostwa, Austriaczka, mieszkająca od wielu lat u państwa Marinich. Pomimo przeprowadzonych przez niemiecką policję rewizji, dzięki wyjątkowemu szczęściu, nie natrafiono na żadne ślady zabronionej działalności i nikt z domowników nie został aresztowany. Moja rola w całej tej działalności, stosownie do wieku była dość skromna i ograniczała się do przekazywania czasami informacji J.Oczykowskiemu i K.Troczyńskiemu, przeprowadzania różnych ludzi we wskazane miejsca, a w czasie rewizji - do ukrywania fałszywych pieczątek na kenkarty. Myślę, że praca konspiracyjna, w której uczstniczył mój Ojciec, a w raz z nim wszyscy domownicy, została zaniechana jesienią 1945 r., gdyż od tego czasu ustały odwiedziny różnych znanych i nieznanych osób. Sądzę, że władze PRL, a szczególnie Urząd Bezpieczeństwa, podejrzewały nas o wojenną konspirację, gdyż długo jeszcze dom nasz był pod stałą obserwacją UB i Milicji. Wiem, że działalności swej nie ujawnili po wojnie ani mój Ojciec, który nie Pomimo kontrowersyjnej oceny sylwetki Zenona Soboty, z którym blisko była związana działalność brzozowskiej placówki, jestem pewna, że wszystko, co podejmował mój Ojciec i ludzie z nim związani, w ich przekonaniu służyło walce o Wolną Polskę. Aby nie zgubić śladów tamtych dni, brzozowscy harcerze ze Szczep: Słonecznych Arturów, działającego w latach 1957-1962 przy Liceun Ogólnokształcącym w Brzozowie, odbywali w dni Święta Zmarłych, w niewielkich grupach apele i zapalali świeczki w przysieckim lesie, w miejscu, gdzie * 1943 r. stracili życie partyzanci z Krośnieńskiego Inspektoratu AK.
P.S. Na temat Zenona Soboty i akcji w lesie w Przysietnicy pisaliśmy obszerniej w BZH Nr. 2 p. t. "Z lat okupacji" zeszyt 1.
Rozdział II. Los jaki czekał Polaków
Relacja p.Stanisława Cyptora (ur. w 1911-zm.wl991r.) Wywiad przeprowadziła mgr Zofia Olejko dn. 12 kwietnia 1988 r.
Cyganie żyli w Grabownicy w tzw. "Cygańskim Potoku", należącym do terytorium przysiółka Polana. Mieszkali w kurnych chatach, raczej budach. Na środku chaty mieściło się palenisko, dokoła którego Cyganie spali wprost na ziemi, na barłogach. Żyli w ogromnej biedzie. Bywały częste przypadki, że dziecko cygańskie stawało w progu domu p. Cyptora z prośbą: "dajcie kwasu". P. Cyptorowa dawała parę ziemniaków, nieco kiszonej kapusty lub tylko kwasu z kapusty. Z czego Cyganie żyli? Przede wszystkim z kradzieży. Czasem coś upolowali, czasem udało się im sprzedać jakiś przedmiot niezdarnie przez siebie wykonany. W dwóch małych, cygańskich budach, w Potoku mieszkały 3 rodziny - razem około 20 osób. Były to:rodzina Anny i Walentego Huczko, Jana i Marcjanny Siwak oraz Stanisława i Anastazji Huczko. Stanisław zwany "ślepym Staszkiem" , po śmierci swej pierwszej żony Natki żył z katoliczką, prawdopodobnie Marią. Był koniec czerwca 1942 r. W gorący, upalny dzień ludzie kończyli sianokosy. Od strony lasu góreckiego nadjechało dwóch Niemców na motorach do Potoku Cygańskiego. Przyszli tam również granatowi policjanci: Radłowski, Grzybalski, Stanek i Stępień. Przyprowadzono kilku mężczyzn z Polany, kazano im wykopać długi i głęboki dół. Cyganów wypędzono z chat i kazano im stanąć nad dołem. Całe to wydarzenie pełne grozy obserwowała p. Maria Suwała, mieszkająca powyżej Potoku Cygańskiego (w chwili relacji tj.18.IV.1986 r.miała 85 lat, zmarła w lipcu 1986 r.). Ukyta w krzakach między ulami, p.Suwałowa patrzyła na to przerażające widowisko. Katoliczka Maria trzymając na ręku małe dziecko, zwróciła się do Niemców z ostatnią prośbą żc chce zaśpiewać pieśń do Matki Bożej. Oprawcy udzielili zezwolenia. Kobieta uklękła i zaczęła śpiewać czystym, pięknym głosem pieśń "Matko Bolesna". Zaczęła się egzekucja. Najpierw zastrzelono ślepego Staszka i jego żonę z dzieckiem na ręku, potem strzelano z pistoletu w głowy do pozostałych. Rozlegały się niesamowite krzyki mordowanych Cyganów. Niektórzy padali do dołu jeszcze żywi, ruszali się w dole - tych dobijano. Na rozkaz oprawców dół zakopywali mieszkańcy Polany - Skiba Marcin i Zajdel Franciszek. Jeden z Cyganów - Huczko Franciszek, ranny w kolano, uciekł w kartofle, a potem przedostał się do ustępu koło domu p.Kaczmara i wlazł do dołu kloacznego. Tam dopadł go policjant Grzybalski i dostrzelił go w ramię. Przed wieczorem Cygan zmarł. Według relacji p.Cyptora uratowało się dwóch Cyganów - prawdopodobnie Adolf Siwak, który zbiegł do lasu i Adam Huczko, który w dniu egzekucji prawdopodobnie poszedł do Wary. (Ten ostatni podobno po wojnie zamieszkał w Rzeszowie). Chaty cygańskie spalono i zrównano z ziemią. Najwcześniej osiadłą rodziną cygańską na terenie Grabownicy (w 1819 r.) była rodzina Stec Nutko, zwana później "Huczko". W 1852 osiadło w Grabownicy około 50 rodzin cygańskich. Cyganie zajęli gminne nawsia i pobudowali tam swe domy, a niektórzy zajęli gwałtem wieśniacze domy, odgrażając się wieśniakom ogniem w razie -wypędzenia. Ksiądz Antoni Kossak, proboszcz Grabownicy w latach 1853-1864 zawezwał pomocy Rządu, ale nie było wówczas żandarmerii, tylko landsdragoni. Z pomocą ludności zburzono domy cygańskie i wypędzono Cyganów z domów wieśniaczych. Została tylko spokojna rodzina Hutka, zwana Huczkami i rodzina Siwaków, która do Grabownicy przyszła z Wary. (na podstawie kroniki parafialnej Grabownicy - str. 175)
Eksterminacja Żydów Z materiałów udostępnionych przez dr Bronisława Jaśkiewicza.
Po zagarnięciu władzy przez Hitlera, władze niemieckie rozbudzały w swym narodzie antysemityzm. 15.IX. 1939 roku urządzono pogrom Żydów. Masowo rabowano mienie żydowskie, podpalono 100 domów modlitwy, a w obozach koncentracyjnych osadzono ponad 20 tysięcy Żydów. Okupacja hitlerowska w Generalna-m Gubernatorstwie szczególnie okrutnie dotknęła ludność wyznania mojżeszowego. Gubernator Okręgu Warszawskiego Ludwik Fiszer oświadczył: "Żydzi będą ginęli z głodu i nędzy, a z kwestii żydowskiej pozostanie cmentarz". Bez walki, męczeństwa i zagłady Żydów nie obeszło się także w powiecie brzozowskim. Żydów w tym powiecie było około pięć tysięcy. Najwięcej było ich w Brzozowie, Dynowie i Jasienicy Rosielnej. Oprócz tego byli rozmieszczeni w innych wioskach, ale w mniejszej ilości. Żydzi zajmowali się przeważnie handlem i rzemiosłem. Na ogół ich stopa życiowa była niska, a warsztaty pracy mieli prymitywne. Wyodrębniali się od Polaków językiem, religią, obyczajami, odmiennym ubiorem, odmienną architekturą świątyń. Hitlerowcy podsycając różnice narodowościowe, szerzyli nienawiść klasową i religijną. W roku 1940 został wyraźnie sformułowany program działalności niemieckiej w tych sprawch. Rząd hitlerowski w myśl odwiecznej zasady "divide et impera" wszelkimi sposobami starał się siać nienawiść pomiędzy różnymi grupami narodowościowymi. Prasa hitlerowska ośmieszała i wyszydzała Żydów przy pomocy plakatów i wystaw objazdowych pt. "Zaraza Żydowska", Gdy Niemcy wkroczyli do Brzozowa i Dynowa, rozbijali sklepy żydowskie i rabowali je. Po zorganizowaniu władz cywilnych, zaczęto przeprowadzać systematyczne rewizje po domach żydowskich, " zabierając wszystkie wartościowe przedmioty, naczynia srebrne, lichtarze, nawet pościel. Po zlikwidowaniu w Brzozowie sklepów i magazynów żydowskich Niemcy przystąpili do likwidacji Żydów w Dynowie Pod pretekstem, że Żyd Hoh strzelił rzekomo do niemieckiego oficera w pierwszych dniach września, wywieziono na "Karolówkę" koło Dynowa i tam zastrzelono 500 Żydów (mężczyzn), przy czym uprzednio musieli sobie wykopać mogiły. Natomiast tych Żydów, którzy skryli się w świątyni żydowskiej, Niemcy zamknęli od zewnątrz i podpalili budynek benzyną. Kobiety i dzieci pochodzenia żydowskiego pozostałe przy życiu, przeprowadzono pod ogniem broni maszynowej na drugą stronę Sanu. Poziom wody na rzece był wysoki. W wyniku tej przeprawy wiele kobiet oraz dzieci utonęło. Wszyscy skazańcy zostali przed egzekucją zrewidowani, a mienie ich skonfiskowano. Podobny los spotkał Żydów w Brzozowie i Jasienicy Rosielnej - to nastąpiło w sierpniu 1942 roku Spośród bogatych Żydów została zorganizowana specjalna rada żydowska "Judenrat", która miała za zadanie pilnować, aby Żydzi ślepo wykonywali wszystkie nakazy władz niemieckich. Kilka razy Niemcy nałożyli na ludność żydowską bardzo wysokie kontrybucje. W krótkim czasie, bez sprzeciwu zostały one spłacone przez opodatkowanych. Po utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa i przyłączeniu części zagarniętych polskich terenów do Rzeszy, przystąpili do tworzenia ośrodków zagłady dla ludości żydowskiej. Wszystkich zamieszkałych na terenie poza Generalnym Gubernatorstwem Żydów, wywożono do Dystriktu Kraków. W okresie od 14 - 20 grudnia 1939 roku, w okolice Krakowa przybyło ponad 20 transportów o łącznej liczbie około 25 000 Polaków i Żydów. Pod błahym pozorem przesiedlano Żydów z miejsca na miejsce. Akcją wysiedleńczą objęci zostali mieszkańcy terenów podgórskich, gdzie Niemcy zaplanowali budowę lotnisk i poligonów ćwiczebnych Pozbawione dachu nad głową rodziny żydowskie osiedlały się w Brzozowie. Władze okupacyjne powołały Żydowską Samopomoc Społeczną z siedzibą w Krakowie. W październiku 1942 roku okupant zmienił nazwę instytucji i nadał jej miano "Centralnej Pomocy dla Żydów" Zadaniem tej fikcyjnej oczywiście instucji było wspieranie potrzebujących pomocy, w szczególności zaś: 1. Niesienie natychmiastowej pomocy w razie katastrof żywiołowych przed udzielaniem pomocy państwowej; 2. Udzielanie uchodźcom i wysiedlonym pierwszej doraźnej pomocy przed umieszczeniem ich na nowych placówkach pracy; 3. Umieszczanie dzieci pozbawionych rodziców lub opiekunów w sierocińcach oraz udzielenie w razie konieczności pomocy finansowej; 4. Wspieranie ludności cierpiącej nędzę przez uruchomienie kuchni ludowych, przydzielenie dodatkowych środków żywnościowych lub świadczeń pieniężnych; 5. Wspieranie jeńców;
6. Zakładanie, utrzymywanie lub wspieranie zakładów urządzeń opieki społecznej, służącej do wypełniania tych zadań; 7. Przeprowadzenie zbiórek pieniężnych i rzeczowych za zezwoleniem Krei-cheuptmana w obrębie Kreischaupmannschaft względnie Stadthauptmannschaft. Na terenie Brzozowa zadania rady opiekuńczej prowadził "Judenrad". W poszukiwaniu źródeł utrzymania ludność żydowska przystąpiła do handlu produktami żywnościowymi. Nie trwało to długo. Niebawem na mocy rozporządzenia Gubernatora Franka z dnia 13 września 1940 roku, zabroniono Żydom wychodzenie poza obręb miasta, skutkiem czego możliwości zarobkowania praktycznie skończyły się. Dla odróżnienia od społeczeństwa polskiego, nakazano ludności żydowskiej nosić opaski z gwiazdą sześcioramienną, koloru żółtego. Żydzi nie mieli żadnych praw. Pozbawiono ich majątku, ograniczono swobodę poruszania się, nakładane na nich coraz większe kontrybucje i na każdym kroku szykanowano. W mieszkaniach żydowskich były wypadki tyfusu i czerwonki, ale do epidemii nie doszło. Z każdego domu żydowskiego jedna osoba szła codziennie dc pracy, do zamiatania ulic, szorowania podłóg i prania w koszarach. Pilnowali ich sprzątacze magistraccy i Niemcy. Przy pracy musieli śpiewać piosenki, np. "A nasz Śmigły Rydz nie nauczył Żydów nic, a nasz Hitler złoty nauczył nas roboty'' Rabina Webera zatrudniono jako zamiatacza, nie zważając na jego wiek : słabe zdrowie. Mieszkania bogatych inteligentów, którzy zbiegli za San, jak Sel-lenfreunda, Kuflika, Atlasa, Trachmana Trinczera i innych zajęli urzędnicy niemieccy, a drogocenne rzeczy wywozili do Rzeszy. Żydzi pracowali również przy rozbieraniu domów żydowskich i przy urządzaniu plant oraz upiększaniu miasta. Starsi Żydzi nie mogli pracować wydajnie, więc często byli bici i maltretowani. 24 czerwca 1942 roku gestapo nakazało wszystkim Żydom przebywającym jeszcze po okolicznych wioskach, przenieść się natychmiast do Brzozowa i Jasienicy Rosiełnej. Po wysiedleniu Żydów z Domaradza do Jasienicy Rosielna zastrzelili spośród nich siedmiu, ponieważ stawiali im rzekomo opór. 4 sierpnia 1942 roku zarządzono rejestrację Żydów od 15 - 35 roku życia, a następnego dnia dalszych roczników do 60 roku życia. Wywieziono natomiast jakoby do robót kolejowych w Płaszowie 258 oraz dc robót ziemnych na kopalni w Grabownicy 40 mężczyzn. 8 sierpnia 1942 roku od strony Dynowa przyjechali junacy do Brzozowa którzy zaopatrzyli się w wódkę w spółdzielni "Rolnik" i odjechali w kierunku lasu zdrojowego "Łazienki". Podolak - Żyd (dozorca kirkutu) został wysłany celem zbadania, co robią junacy. Doniósł on, że junacy kopią olbrzymie doły w lesie. Wiadomość ta wywołała wśród tutejszych Żydów przerażenie, rozpacz i panikę. Pod wieczór, junacy po wykonaniu nakazanej im pracy, pijani, ze śpiewem przejechali przez miasto w kierunku Przeworska. Na ten widok część Żydów zbiegła z getta. 9 sierpnia 1942 roku przyjechali gestapowcy do "Judenratu" i zapowiedzieli zbiórkę Żydów na podmiejskim stadionie sportowym. W dniu 10 sierpnia Niemcy zgromadzili na stadionie Żydów z Brzozowa i okolicznych wiosek, a następnie przewieźli ich samochodami do lasu brzozowskiego (na lewo od leśniczówki), gdzie zamordowano w bestialski sposób 500 - 600 osób. Po skończonej akcji nastąpiło plombowanie mieszkań żydowskich, a następnie zburzono kilka domów i zapoczątkowano bocznicę ( dziś ulica Księdza Bielawskiego). Z kolei Niemcy przystąpili do likwidacji Żydów w Jasienicy Rosielrej. W dniu 11 sierpnia żołnierze niemieccy, policja granatowa i żandarmeria zgromadzili na rynku Żydów miejscowych oraz z Bliznego i Orzechówki. I tu oddzielonych starców i matki z dziećmi umieszczono w samochodach ciężarowych i zawieziono na cmentarz żydowski. Resztę Żydów popędzono w kierunku lasu. Gdy ktoś zasłabł, był na miejscu zabijany. Około godz 12-tej żołnierze rozpoczęli strzelać do Żydów. Trwało to do godz 13-tej, a do godz 17-tej nastąpiła przerwa. Akcję wznowiono od 17-tej i trwała ona jeszcze do godz 18-tej. Po skończonej akcji zwłoki przysypano wapnem i zakopano dół. W tym dniu zastrzelono ok 630 ludzi. 7 października 1942 roku zamordowano rodzinę Hoha. Również w tym dniu vołsdeustsch zastrzelił obok parku w Brzozowie młodą Żydówkę i jej czteroletnią córkę. W Zmiennicy zastrzelono córkę Kapla Zwicka, ukrywającą się w jednym z miejscowych gospodarstw. Kobietę, u której się ukrywała, spotkał ten sam los. W relacji p. Michała Prajsnera czytamy : W październiku 1942 r została aresztowana w Zmiennicy, samotna kobieta,wdowa - Zofia Prajsnar, za przechowywanie Żydówki z Brzozowa. Została ona stracona w niewiadomym miejscu. Zastrzeloną Żydówkę pochowano przy drodze w Jasionowie. Wcześniej, policjant niemiecki nazwiskiem Majewski podczas libacji urządzonej we dworze w Jasionowie przez oprawców, aresztowanym ko- bietom rozkazał się rozebrać i tańczyć. Podczas tego "widowiska" zastrzelił Ży- dówkę. Na ten widok z przerażenia zmarła na serce hrabina Dzieduszycka właś- cicielka dworu w Jasionowie.
Fragment ze "Wspomnień z lat okupacji" -M.Gonet-Teklińska. Wracam jeszcze wspomnieniami do 1942 r. Przeżyłam wtedy straszny czas likwidacji Żydów w Korczynie. Była to jeszcze jedna zbrodnia hitlerowska przeciw ludzkości. 12 sierpnia gestapo z Jasła i Krosna aresztowało Żydów kor-czyńskich i wywiozło na zatracenie. Akcja aresztowania i łapania Żydów przez specjalne grupy niemieckie i pomagających im Ukraińców przedstawiała nieludzki widok. W tym dniu wracałam około południa z Krosna do Korczyny. Nie wiedząc o niczym, wstąpiłam do sklepu żelaznego, prowadzonego przez Polaka - Tadeusza Zapiorą. On wcześniej widział przyjazd policji niemieckiej z Ukraińcami, bo okno sklepu miało dużą szybę, a drzwi też były do połowy oszklone i wychodziły na rynek. Zatrzymał mnie i prosił, abym nie szła teraz do domu, bo rynek jest obstawiony policją niemiecką i ukraińską. Przyjechali po Żydów. Pierwszy raz byłam naocznym świadkiem masowej masakry. I to się nazywało aresztowaniem. Dzieci żydowskie wyciągali z domów, rozkrzyczane bili, starych Żydów kopali. Sama widziałam, jak chyba 4-letnie dziecko uciekło i biegało po rynku, a jeden z policjantów złapał je, chwycił za nogi, a głową uderzył o słup drewniany, stanowiący część ogrodzenia drewnianej studni, stojącej na rynku w Korczynie. Taki wypadek nie był odosobniony. Podniósł się ogromny krzyk i lament matek żydoskich, i wtedy wielu Żydów wybiegło na rynek. W tym momencie rozpoczęła się prawdziwa obława na ludzi i "krwawa łapanka". Nie mogłam już wytrzymać i na to wszystko patrzeć, więc uciekłam tylnym wyjściem ze sklepu. Szłam bezmyślnie wprost do domu jak nieprzytomna. Od strony plebanii (obok był posterunek policji) usłyszałam głośne wołanie Niemca - "halt" i jeszcze raz "halt"| Zobaczyłam go z bronią, skierowaną w moim kierunku. Udałam, że nic nie rozumiem po niemiecku i dalej szłam wolno ścieżką koło targowicy, nie przyśpieszając kroku. W duchu prosiłam Pana Boga, żeby móc dojść jeszcze parę kroków nad rzeczkę, pomiędzy ogrody i schować się. Ponieważ nie zdradzałam pośpiechu, nie strzelił do mnie. Szłam tak krok za krokiem, bo naprawdę to już iść nie miałam sił. Doszłam na wymarzoną ścieżkę, która była przede mną o kilkanaście metrów, a zdawało mi się, że to parę kilometrów. Ledwie szczęśliwie doszłam do domu, usłyszałam krzyk i jakieś szamotanie się koło stodoły. Za chwilę wrócił ojciec strasznie zdenerwowany. To jego znajomy Żyd - Schiff przybiegł do niego w ogromnym szoku, z siekierą w ręku, na wpół przytomny, z krzykiem, że ojca zabije, jeżeli nie ukryje go w stodole przed Niemcami. Przestraszony ojciec chwycił go za rękę, unieszkodliwił i zaczął tłumaczyć mu w pośpiechu, że nie w stodole, tylko żeby szedł za nim prędko w pole, w zboża, w krzaki, bliżej przysiółka Burkom. Tłumaczył mu, że tam go ukryje, bo może być u nas rewizja. Potem znów mu pomoże. Zrozumiał, posłuchał ojca i wsiewał się. Rzeczywiście, za pół godziny przyszli do nas Niemcy z Ukraińcami, zrewidowali całą stodołę , oborę i obeszli dom dokoła. Za chwilę dowiedzieliśmy się. że wracająca od nas policja zastrzeliła na łące Żydówkę - Deborę Engelart (która zdawała z moją siostrą maturę w Gimnazjum krośnieńskim, w 1935r.) Bieg;a do nas, aby też ukryć się przed Niemcami. Już nie zdążyła. Koszmar tego dnia pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Nie da się zapomnieć bestialstwa Niemców. To nie byli ludzie.
Ks. Michał Jastrzębski Z KRONIKI SEMINARIUM DUCHOWNEGO W BRZOZOWIE (1939-1946) EGZEKUCJA ŻYDÓW W LESIE BRZOZOWSKIM W okresie lata 1942 roku, miała miejsce straszna zbrodnia, popełniona przez katów hitlerowskich na Żydach z Brzozowa. Oto jak opisali tę tragedię klerycy : "Na kilka dni przed 10 sierpnia zostaliśmy zaintrygowani niespodziewanym w naszym lesie wydarzeniem. Rano przyjechało do lasu kilkunastu junaków z łopatami i udało się na polanę, położoną przy leśnej drodze, niedaleko (200 m) od leśniczówki. W południe dowiedzieliśmy się od jednego z junaków, że junacy kopią w lesie duży rów. Jakoś spieszyło się im, bo mimo deszczu, pracy nie przerywali. W następnych dniach auto przywoziło dalej junaków do pracy. Wśród nas, fakt ten wywołał duże poruszenie. Stawialiśmy rozmaite przypuszczenia, między nimi i takie, że ten ogromny dół będzie grobem dla jakichś pomordowanych ludzi. Nie brakło i takich myśli: a może my się w nim znajdziemy ? Parę dni przedtem doszła nas wiadomość o wymordowaniu dużej ilości Żydów w okolicach Żmigrodu, ale była to wieść tak okropna, iż żaden z nas nie pomyślał, aby w naszym lesie miało się coś podobnego powtórzyć. 10 sierpnia, w poniedziałek rano, jeszcze byliśmy w kaplicy, gdy ktoś przyszedł do domu. Wywołano z kaplicy przełożonych. Wyszedł ks. prof. Głodowski. potem wyszedł ks. rektor, u wszystkich widać było wielkie poruszenie. Klerycy pozostali jeszcze w kaplicy, aby dokończyć dziękczynienie. Ale gdzież można było utrzymać skupienie w takich chwilach. Wywołano wreszcie i nas, i dowiedzieliśmy się : dziś będzie obok leśniczówki egzekucja Żydów brzozowskich i z innych sąsiednich miejscowości, którym na 24 czerwca Niemcy kazali się zgromadzić w mieście. Przyszedł szef żandarmerii z Brzozowa i kazał natychmiast opuścić leśniczówkę, a w Anatolówce wolno było pozostać, byle nie wyglądać przez okna. Na prędce zjedliśmy śniadanie i rozpoczęła się pierwsza godzina wykładów : dogmatyka. Otworzyliśmy podręczniki ks. Sieniatyckiego i ks. profesor zaczął wykładać o pochodzeniu człowieka : Już na początku księgi Genezy mówił Bóg przez natchnionego pisarza: "Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo nasze. A niech przełożony będzie rybom morskim i ptactwu powietrznemu i bestiom wszystkiej ziemi i nad wszystkim płazem, który pełza po ziemi. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój, na obraz Boski stworzył człowieka".... Nie dokończył ks.prof., gdy padł pierwszy strzał o godz. 10.12. "Zaczęło się"
- wyszeptały nasze usta, "zaczęło się"...powtórzył wykładowca. Za kilka sekund usłyszeliśmy drugi strzał, potem trzeci, czwarty....dziesiąty. Z przerażeniem liczyliśmy te suche trzaski rewolwerowe. Niektórzy zaczęli znaczyć kreski na stronach : 105 - 118 drugiego tomu dogmatyki ks.Sieniatyckiego. Po ochłonięciu z pierwszego wrażenia, ks. profesor podjął dalej wykład Mówił, że człowiek pochodzi od Boga i co do ciała, i co do duszy. P.Bóg sam bezpośrenio stworzył ciało człowieka z ziemi i ma władzę nad nim. A rewolwerowe strzały padały dalej w niefównonuernych odstępach i za wszelką cenę starały się odwieść naszą uwagę od tego, co mówił ks. profesor. Przecież one przeczyły temu, że Bóg jest stwórcą ludzi, a więc tylko Jemu przysługuje prawe do ich życia. Nie można jednak było wykładać w takich okolicznościach. Dlatego ks. profesor polecił jednemu kłerykowi czytać z podręcznika, a tymczasem inni liczyli już do 100... 101... Zaczęliśmy czytać drugi ustęp pt. "Od Adama i Ewy wszyscy ludzie pochodzą". Rzekł Bóg :"Róście i mnóżcie się, i napełniajcie ziemię":, lecz śmiercionośne kule jak gdyby przeczyły tym słowom, i co chwila jakiegoś Żyda pozbawiały życia.... Około południa strzelanie ustało, gdyż oprawcy pojechali na obiad do Brzozowa, by zapić "dzieło Ęierkoniakiem". .<,;.;., Do naszego domu przyszło kilku junaków i od nich dowiedzieliśmy się szczegółów strasznej egzekucji. Żydów zebrano na stadionie w Brzozowie, gdzie SS-mani podzielili ich. na grapy według płci i wieku, a następnie pakowali na auta i wywozili ich - jednych W stronę lasu biskupiego, drugich w kierunku Starej Wsi. Na polanie rozbierali ich junacy do naga, potem każdy kładł się na ziemię w szeregu jeden przy drugim, oczekując na swoją kolej. Każdy Żyd podczołgiwał się na brzeg dołu, na przerzucone przez rów deski, podnosił się do postawy klęczącej i dostawał kulę w tył głowy lub pchnięcie bagnetem. Dzieci mordowano uderzając je łomem żelaznym w tył główki. Kłębiące się, żywe jeszcze tu i ówdzie zwały, warstwy ciał posypywano systematycznie chlorowanym wapnem... Kto od kuli nie zginął, dusił się pyłem wapiennym. Po południu przyszła kolej na Żydówki. Lamentowały i krzyczały głośno, że do Anatolówki było dobrze słychać. Mężczyźni zachowywali się spokojnie. Jednemu z Żydów udało się jakoś ukryć w krzakach, lecz potem zamiast gdzieś uciec, wracał do Brzozowa tą drogą, którą jeździły auta z ofiarami, więc zaraz Niemiec złapał go i na miejscu zastrzelił. Około godz. czwartej przyszedł do nas ten sam szef żandarmerii, obłocony, nasycony żniwem mordu i obwieścił, że zabili ponad 600 Żydów. Gdy poszliśmy na wieczerzę już do leśniczówki, widać było na skraju lasu stertę żydowskich ubrań, które junacy ładowali na auta. Widok tych ubrań i świadomość, że tuż poniżej leśniczówki leży tyle ciał ludzkich, z których może jeszcze niejedno drga w śmiertelnym konaniu - były straszne. Na drugi dzień odważniejsi z kleryków poszli oglądać tę straszną roogiłę. Miała ona 25 m długości i 2 m szerokości. Na grobie były już zasadzone małe drzewka. Przykra woń karbolu i wapna chlorowanego unosiła się w powietrzu. Zwiedzający znaleźli na miejscu kilka drobnych monet, popiół ze spalonych dokumentów. W popiele pozostała połowa niedopalonej kenkarty z nazwiskiem : Blima Wielopolska ur. w Brzozowie, w r. 1928 ,ohne Beruf. To 14-letnie dziewczę żydowskie wyniknęło się Niemcom w lesie, ale po rozstrzelaniu całej grapy żydowskiej, zostało znalezione w krzakach i również zastrzelone. Pochowano ją w osobnej mogile przy zbiorowym grobie. Miejsce to będzie zawsze mówiło o zdziczeniu XX wieku, o niebywałej rzezi
|



















